Tort wiosenny
Tort wiosenny
Kaszanka w chlebie
Kaszanka w chlebie.jpg
Mazurek
img1_l.jpg
Faworki karnawałowe
faworki
Domowy chleb
img2_l.jpg
Przepisy i opisy arrow Historie kuchenne arrow Wielkopostne refleksje i wspomnienia
Wielkopostne refleksje i wspomnienia | Drukuj |
wtorek, 07 kwietnia 2009

Po śmierci Piotra przestałam nosić obrączkę. Nagle, z dnia na dzień. Zaczęła mnie – jak nigdy dotąd - uwierać, tym bardziej więc nie wyobrażałam sobie bym miała nosić obie obrączki razem, na jednym palcu. Wiem, że to jest praktykowane. Widuję podwójnie zaobrączkowane wdowy. Piotr na pewno, by tego ode mnie nie wymagał. Zastanawiałam się, jak nasze obrączki zagospodarować, były dla mnie bardzo ważne i chciałam im oszczędzić poniewierki.

Wymyśliłam, że połączę je w ten sposób, że zachowując na każdej datę ślubu podzielę nasze wytłoczone imiona tak, by obie córki miały kawałek mojej i kawałek Piotra obrączki. Nie chciałam by to była ckliwa pamiątka, lecz coś ładnego. Taka rodzinna biżuteria. Były świadkami naszego ślubu, nosiliśmy je oboje tyle, ile trzeba było. Do końca. Dlatego chciałam coś sensownego z nimi zrobić, leżały bezużyteczne w pudełku, wyjmowałam je od czasu do czasu ogrzewając w zamkniętej dłoni ot tak… Ich nieprzydatność wydawała mi się bez sensu.

Długo rozmyślałam. Zarysowałam wiele kartek w kalendarzu. Szukałam natchnienia, w końcu  przyszło! Połączone powinny być  tak, by nie wyglądały jak obrączki, lecz oryginalne, ciekawie połączone pierścionki. Jubiler, którego namawiałam, by tak je zrobił trochę się dziwił, radził, bym sobie z nich zrobiła jakiś ładny pierścionek, pokazywał różne możliwości, wzory, ale w końcu uznał, że pomysł choć oryginalny, nie głupi. To miał być prezent na urodziny moich Dziewcząt. Nie udał się... Pomysł przerobienia obrączek może i był dobry, ale należało je schować z powrotem do pudełka. Kiedyś na pewno dziewczyny by je znalazły. Przedobrzyłam! Nie pierwszy raz. Co jeszcze sknocę?!

Obrączka służyła mi czasem do zapobiegania wykwitowi pryszcza, który najchętniej lokował się na brodzie, albo na czubku nosa. Kiedy czułam, że wzbiera, albo kiedy kiełkował mi na powiece „jęczmień” rozgrzewałam obrączkę pocierając nią coś wełnianego i gorącą przytulałam do chorego miejsca. Proste i bardzo skuteczne leczenie. Pryszcz znikał a jęczmień się nie tworzył.

Jedną z zalet starzenia się jest to, że cokolwiek, gdziekolwiek przestało mi wyskakiwać, a ze zmarszczkami nie zamierzam walczyć. One po prostu są, jak codzienność. Dzień można sobie umilić jeszcze jednym, dodatkowym kubkiem kawy, a zmarszczki wygładzić uśmiechem i oczekiwać jutra – przyniesie na pewno nowe zmarszczki, może pogodniejsze. W miejsce wykwitów pojawiły się różne, dotkliwe bóle, ale ich szczęśliwie nie widać. Zawsze więc jest się z czego cieszyć!

Te niefortunne, jubilerskie przeżycia bardzo mnie rozbiły, miały to być miłe pamiątki a okazały się ...„zapowiedzią ostateczności”. Po wyjściu dzieci bardzo źle się czułam. Co ja najlepszego zrobiłam! Próbując strzepać z siebie wyrzuty sumienia, poszłam z Nalewką na długi spacer. Rzucałam jej patyk chlipiąc nad własną głupotą. Roztkliwiając się tak nad sobą  raz po raz wpadałam w koleiny rozmokłej, paskudnej drogi, która jeszcze nie dawno była wąską uroczą dróżką, wśród pól, co rusz wyskakiwały z wysokich traw spłoszone bażanty, przebiegła sarna, lis, kuropatwy, mnóstwo ptaków... To było. Teraz to piękne uroczysko rozjeżdżają wielkie buldożery, powstaje kolejne warszawskie brukowisko. Przeganiane ptactwo i zwierzęta nie łatwo znajdą dla siebie nowe miejsce, bo tu były od zawsze. Stare koryto Wisły metr po metrze, gwałtem wydzierane jest przyrodzie. Pola Wilanowskie umierają. Szkoda tych pól i zwierząt szkoda. Słyszałam kiedyś pewną starszą kobietę w telewizji,strasznie złorzeczyła tym co bronią ptasich gniazd, podparta pod boki wykrzykiwała, że ona jest ważniejsza od jakiegoś kwiatka, ptaszka, czy żaby. Koś powinien był jej powiedzieć, że jeżeli nie będzie „…kwiatka, ptaszka i żaby…”, to i jej nie będzie.

Nalewka, uśmiechnięta od ucha do ucha, upaprana w błocie z nieodłącznym patykiem w zębach, szczęśliwa bezgranicznie. Jest pani, jest patyk, są kałuże, błoto, chaszcze. Czego chcieć więcej…  Weź przykład z psa! Patyk w mordę! I nie histeryzuj! Dość!

Trochę zmokłam, trochę mnie przewiało, jakieś histerie jeszcze mną targały. Myślałam o przykrości, jaką sprawiłam dzieciom. Źle się z tym czułam. Po powrocie do domu pomyślałam „klin klinem”.W warzywnym wiaderku, na wierzchu leżały trzy grube pietruszki. Oskrobałam je, utarłam. Gotowały się około 15 minut, tyle czasu zajęło mi doprowadzenie Nalewki do „kanapowego” stanu. Wytarmosiłam jej futro pod ciepłym prysznicem i osuszyłam kilkoma ręcznikami. Nalewka rzuciła się do miski z wodą a ja pietruszkowy wywar wypiłam do dna. Litr… wspomnień. To była moja kolacja tego wieczoru. Bardzo zdrowa. Oczyszczająca. Dlaczego nie sięgnęłam po coś smaczniejszego?

Kiedy nasze dzieci były małe, przynajmniej dwa razy w tygodniu gotowałam pietruszkową „niby zupę” z ogromną ilością korzenia  pietruszki - na dwa litry wody pięć, sześć dużych pietruszek. Niemało. Wywar tylko lekko posolony z dodatkiem posiekanej zielonej natki jest całkiem znośny w smaku, a co najważniejsze doskonale oczyszcza organizm, pewien mądry pan doktor, bardzo z nami zaprzyjaźniony, dając nam ten przepis radził dwa razy w tygodniu  pić po szklance i koniecznie dawać dzieciom do picia, zwłaszcza w czasie zimy i przedwiośnia. Wywar z pietruszki oczyszcza organizm, pieprz rozgrzeje, a zielenina wsiekana w wywar ma tyle witaminy C, że zdrowie dopisze - zapewniał.

Próbowałam poić czasem moją pietruszkową zupą Piotra (aperitif przed obiadem), nie lubił takich zajzajerów, zwijał się i skręcał kiedy dzieci podawały mu aromatyczny wywar w małej ślicznej filiżance. Obydwie z tajemniczymi minami konspiratorek  zachęcały ...Tatusiuuuu ...  mamusia przygotowała ci coś bardzo smacznego, ale się zdziwisz?! Dzieci miały uciechę i niezłą zabawę. Same chętniej ten pietruszkowy soczek piły patrząc na strojącego miny Tatusia.

Kiedy mieszkaliśmy w naszym ślicznym, wymarzonym i wymodlonym m-3, (46 metrów kwadratowych! wielkie się nam wydawało po babcinej kawalerce, która miała nie wiele ponad 20 metrów), na piętnastym piętrze trzeba było wielu zabiegów, by w miarę zdrowo  przetrwać zimę i wczesną wiosnę. Zawsze zimne kaloryfery, ciągły brak ciepłej wody, zimna ledwie kapała, bo słabe ciśnienie, grzyb na suficie, grzyb na podłodze. Kilkumiesięczną  Anusię przewijałam i kąpałam niemal w piekarniku. Rok 1978 przyniósł ciężką, bardzo śnieżną zimę, była to jedna z tak zwanych „zim stulecia”. Kinga robiła bałwanka na środku dużego pokoju, bo śnieg mimo szczelnie zamkniętego okna balkonowego wciskał się z wschodnim wiatrem przez szpary... Paskudny i trudny czas. Zimą temperatura w mieszkaniu nie przekraczała 9 – 10 stopni (bywała niższa), a wilgotność powietrza 75 - 80 stopni. Podgrzewałam mieszkanie gazem i elektrycznymi piecykami, ale ciepło uciekało przez szpary, poza tym jeszcze bardziej nieprzyjemnie cuchnął podsuszany w ten sposób, grzyb. Dobrze te wartości temperatury i wilgotności powietrza pamiętam, bo po którejś awanturze w spółdzielni (w ramach buntu przestaliśmy płacić czynsz, początkowo administracja straszyła nas sądem, ale kiedy nie daliśmy się zastraszyć, a wręcz wyraziłam radość ze spotkania w sądzie, przyszli jacyś specjaliści z biura doświadczalnego i czegoś tam... budownictwa mieszkaniowego, przytargali ze sobą tajemniczą skrzynkę pełną wskaźników i umieścili ją wysoko, na najwyższym meblu pod sufitem.

Co dwa dni przychodził pan w za dużych okularach i odczytywał wykresy nie kryjąc zdumienia. Kiedyś wręcz zapytał, czy ktoś z nas majstrował przy urządzeniu. A… tak, tak, powiedziałam, Pan Migdał wlazł po tej ścianie, o tędy, wskazałam ścianę boczną, od której grzyb odkleił tapetę, przyklejałam ją z uporem maniaka, aż w końcu złapałam naddarty kawałek i długą agrafką  sczepiłam  obie części  tapety, mocując w tym miejscu, jako „zaślepkę” bukiecik suszonych kwiatków… tędy wlazł i nie mogłam go oderwać od zabawy z urządzeniem ... mówię panu, warczał, obgryzał, chuchał… chciał poprawić wskaźniki … Pan inżynier nie komentował, z niedowierzaniem zapisywał odczytywane wartości w swoim kajeciku i już tylko kiwał głową. Przeprosił. Zastał mnie któregoś dnia na drabinie, próbowałam „przykleić” rzeżuchę do lśniącej od przemarznięcia, zagrzybionej nad oknem balkonowym ściany. Może wyrośnie, uśmiechnęłam się dość zawadiacko do biedaka. Idą święta, może się zazieleni? Będzie ładniej, prawda? Pan był zawsze smutny i chciałam go trochę rozbawić, ależ ma pani poczucie humoru! ...

Nie wiedział jak mnie traktować, ale generalnie był miły, tylko po prostu bezradny. Rzeżucha przykleiła się bez trudu do wilgotnego podłoża, ale nawet nie wykiełkowała. Tyle wiem na pewno. Rzeżucha na grzybie nie wyrośnie. W ramach walki z niezdrowym w naszym mieszkaniu klimatem, poiłam nas wywarem pietruszki, karmiłam cebulą pod różnymi postaciami, przeróżnymi surówkami, kiszoną kapustą, kiszonymi ogórkami, piliśmy zakwas buraczany, który robiliśmy na  bieżąco.
Na naszym zagrzybionym piętnastym piętrze prawidłowe odżywianie było chyba niezłym antidotum na wszelkie możliwe choróbska, które mogły nas nękać. Dziewczynki rozwijały się dobrze, tylko rączki często miały zimne.

Za to wiosna i lato były cudowne! Okna otwarte na oścież przez dwadzieścia cztery godziny na dobę - trwało generalne wietrzenie naszego gniazda. Wszystkie okna wychodziły na wschód. Zaglądały do nas ptaki stołujące się na balkonie, niebo było czasem niemal na wyciągniecie ręki… W skrzynkach rosły bratki, rzodkiewki, pomidory, zielona sałata i fasola tyczkowa, która polazła aż na dach w poszukiwaniu tyczki – chyba tam ją znalazła i gołębie miały strąki fasoli dla siebie… Uwielbiałam słońce na twarzy o świcie. Boska pieszczota!

Nasz zaprzyjaźniony pan doktor mawiał, że bardzo ważne jest w chorobie, w jej wczesnym stadium, by się należycie wypocić. W zagrzybionym, zimnym  mieszkaniu strach się pocić! Tylko w łóżku, pod kołdrą. 
Oto recepta na szybkie pozbycie się infekcji. Najlepsza jaką miałam.
Trzeba wymoczyć nogi w bardzo gorącej wodzie z dodatkiem kilku tabletek aspiryny. Nie ma co się śmiać, to działa, aspiryna masuje stopy. (Dziś zamiast aspiryny daję Amol). Następnie przetrzeć dokładnie ciało – od góry do dołu – zamoczonym w  bardzo zimnej wodzie ręcznikiem – dobrze by ręcznik był szorstki, nie  wyprasowany.
Na stopy należy włożyć grube skarpety z szorstkiej wełny (idealne są  góralskie, oryginalne, pachnące jeszcze baranem). Bardzo ich nie lubię, ale kiedy trzeba katowaliśmy się nimi.
 
Położyć się do łóżka, ciepło okryć. Najlepiej ubrać na gołe ciało szorstki, góralski sweter. Wiem, że strasznie to brzmi!
Wypić kieliszek rumu, lub napar z kwiatu lipy z dodatkiem soku z malin (szklanka naparu dwie łyżki soku i łyżeczka miodu.  Dzieciom rumu nie podajemy. Po wypoceniu się należy wziąć ciepły prysznic. Nie powinien być gorący.
Rewelacyjny sposób. Rano człowiek wstaje zdrów.

Nie chorowaliśmy często, ale zdarzyło się. Piotr narzekał na ból gardła, głowy – ogólnie czuł się rozbity. Zastosowałam więc kurację pana doktora i poprosiłam Anię, by tej nocy do nas nie przychodziła. Dzieci zawsze lądowały w naszym łóżku trochę po północy. W dużym pokoju, w którym spaliśmy grzyb był tylko nad balkonowym oknem, w dziecinnym  był i nad oknem i na podłodze, pod lenteksem – wykładziną podłogową, więc zdrowiej dla dzieci było spać z nami. Najpierw Kinga do nas wędrowała, a później  doszlusowała Ania.

Był taki moment, że myśleliśmy, że będziemy spać w piątkę (Pan Migdał w nogach miał zawsze swoje miejsce). Szczęśliwie Kinga sama dość niespodzianie stwierdziła, że jest jej za gorąco i za ciasno. Odetchnęliśmy z ulgą, że sama zrezygnowała. Nie mogliśmy się zdobyć na to, by ją eksmitować, mogła by się czuć odepchnięta. Kinga była trudnym pasażerem w łóżku. Ładowała się zawsze między nas i natychmiast skopywała kołdrę. Rozrzucała nogi w szpagat, a śpiąc, kuksańcami okładała to Piotra, to mnie. W efekcie Piotr spał przyklejony nosem do ściany, a ja po zewnętrznej, trzymając w objęciach Anię podpierałam się  od czasu do czasu stopą o podłogę, żeby nie zlecieć z łóżka.  Nawet zastanawialiśmy się, czy by na noc nie  zsuwać materaca ze skrzyni na podłogę i zrobić jedno, wielkie legowisko.

Szczęśliwie dziecko dorosło i w wieku niespełna 6 lat dojrzało do samotnego spania. Nagle. Ni stąd ni zowąd. Uczciliśmy jej decyzję specjalną kolacją, w trakcie której została pasowana na  dużą dziewczynkę – była bardzo dumna z wyróżnienia i jako duża dziewczynka jeszcze chętniej opowiadała Anusi bajki przed zaśnięciem. Chyba od tego momentu Piotr zaczął jej czytać ”Winetou” Karola Maya. Wydawało mi się, że trochę za wcześnie, tym bardziej, że nie omijał okrutnych scen. Kiedy Kinga była maleńka opowiadałam jej bajki jeszcze, nie bardzo rozumiała  co mówiłam, ale były miłe dla jej ucha. Opowiadałam cichutko, coraz ciszej, w końcu zasypiała, zdarzało się, że ze zwisającą ręką (lubiła mnie trzymać za rękę), oparta czołem o rant łóżeczka, zmęczona, zasypiałam razem z nią.

Kiedy pojawiła się Ania, Kinga opowiadała jej bajki. Ja już tylko wymyślałam bajki „wychowawcze” -  konieczne do wyegzekwowania różnych zachowań, na których mi zależało, na różne okazje, natomiast bajeczki, dzięki którym  Ania zasypiała również w ciągu dnia były autorstwa Kingi. Ależ to była dla mnie pomoc! Nieoceniona! Starsze tylko o pięć lat dziecko każdego dnia zdawało egzamin celująco. Bywało, że odmawiała koleżance zza ściany wspólnej zabawy, pobawimy się, ale „narpiew” opowiem Ani bajeczkę. Kinga długo mówiła zamiast „najpierw”, „narpiew” Wzięłam się na sposób i zamiast ciągle zwracać jej uwagę, po prostu bardzo często używałam słowa „najpierw” – przez naśladownictwo dziecko uczy się najprędzej. Mogłam zająć się swoimi sprawami dzięki mojej maleńkiej, cudownej niani.
 
Kinga kiedy zaczęła mówić, zaczęła się jąkać. Strasznie. Różne mądre i zaprzyjaźnione osoby odsyłały nas do specjalistów. Zastanowiło mnie jednak, że moje maleńkie dziecko biega za mną i próbuje szybko coś powiedzieć. O czymś poinformować, a ja nie bardzo mam czas się zatrzymać. Szybko doszłam do wniosku, że to ja jestem winna jej jąkaniu się. Dziecko chce szybko i dużo opowiadać, a nie ma możliwości, bo my „uciekamy”. Zatrzymałam się. Kiedy Kinga coś zaczynała mówić siadałam, brałam ją na kolana i zapewniałam, że mam bardzo dużo czasu, że może mówić wolniutko… Dziecko bardzo szybko przestało się jąkać. To samo później przechodziłam z Anusią. Wiem w czym bardzo często tkwi przyczyna jąkania się dzieci. Chcą nam dużo powiedzieć, a czują, jak najczulsze barometry, że nie mamy wiele czasu, by je wysłuchać. Niewielki jeszcze zasób słów w stosunku do …”tłoku myślowego” – jest pewnie jakieś naukowe określenie tego, co powoduje jąkanie się u małych dzieci. Jestem o tym przekonana, bo od momentu, kiedy dzieci wiedziały, że mam dla nich mnóstwo czasu, że bardzo ważne jest dla mnie to co mówią,  że cierpliwie ich wysłuchuję, skończyło się jąkanie.

Dziewczynki nauczone, że obok rodziców miło się śpi koło północy wędrowały do naszego łóżka. Karmiłam piersią leżąc, wygodnie we własnym łóżku i zmęczona całodniową harówką zasypiałam. Zasypiałyśmy więc razem, a że karmiłam obydwie dziewczynki długo ... każdą ponad półtora roku, to sama przyzwyczaiłam je do tego, że najmilej śpi się z mamą. Telewizyjna „Super niania” nie pozostawiła by na mnie suchej nitki, ale dziś - przyznaję bez wstydu - zrobiłabym to samo. To było  miłe dla  mamy i dla dziecka.  Piotr nie był zachwycony. To jasne, ale nie będę tego roztrząsać.  Powiem tylko, że tak zwane sprawy łóżkowe to były non stop dzieci obok nas i Pan Migdał w nogach -  najpewniejsza antykoncepcja. Mieliśmy jeszcze wannę ... nie będę jednak zdradzać tajemnic alkowy. Fakt, że Kinga zdecydowała się wreszcie do nas nie przychodzić spowodował, że w naszym łóżku zrobiło się przestronniej. Ania, jak tylko nauczyła się stawiać pierwsze kroczki zaczęła samodzielnie do nas wędrować. Noc w noc. Nie pakowała się w środek, to było miejsce Kingi, tylko z brzegu, niczego nie zmieniając, układała się wygodnie na moim ramieniu. Podwijałam rękę do góry i robiłam bezpieczną kołyskę Maleństwu. Nad ranem prosiła, by ją zanieść do łóżeczka. Nie  ukrywam, nasze noce, były swoistą ścieżką zdrowia. Nie zastanawiałam się nawet kiedy to się skończy. W końcu i Ania wyrośnie!
Tego wieczora kiedy Piotr zastosował kurację napotną utuliłam dzieciątko, ułożyłam w łóżeczku, rezolutnie zapewniła mnie, że nie przyjdzie do mnie tej nocy, bo wie, że Tatuś jest chory. Kinga opowiadała jej jeszcze jakąś bajeczkę. Zasnęły. Trochę po północy, jeszcze się krzątałam w kuchni, patrzę, a mój  Skarb jak w letargu, szurając nóżkami w za dużych śpiochach  sunie w stronę naszego pokoju. Wzięłam na ręce przytuliłam, Anteczku, Tatuś jest chory, pamiętasz? Uhm. Ułożyłam w łóżeczku, opowiedziałam króciutką bajkę o chorym tatusiu i sama wreszcie poszłam spać. Jeszcze dobrze nie zamknęłam oczu. Przydreptała. Aniu, wyszeptałam, zapomniałaś?  Uhm ...  popatrzyła na mnie zaspanymi, zdumionymi, ledwo widzącymi oczyma i podreptała w stronę balkonu. Anusiu, jęknęłam, dokąd idziesz? No to gdzie mam w końcu spać? Dziecko było całkiem zdezorientowane.  Wyskoczyłam z łóżka, porwałam moje zagubione maleństwo, przytuliłam, ucałowałam, przeprosiłam i zrobiłam kołyskę z ramion.
Rano zbudziliśmy się w stawie, ale Piotr był zdrów! Słodkie wspomnienia!

Dziś w nocy zadzwonił Piotr, przepraszał, że długo się nie odzywał, że długo go nie było, mówił, że do nas wraca. Chciałam go tylko słyszeć, wiedziałam, że stamtąd nie może wrócić. Nagle dzwonek do drzwi, otwieram. Piotr?! Boże! To było możliwe? Jednak?! Przecież Wielkanoc! Nareszcie! Tak mocno mnie tulił, że czułam jego uścisk i ja próbowałam go objąć, wyciągnęłam ramiona, tak bardzo chciałam go czuć. Obejmowałam coraz ciaśniej, ciaśniej, ciaśniej … i zbudziłam się z rękoma skrzyżowanymi na piersiach. Pusto! Ktoś sobie ze mnie zadrwił. Tęsknota?
Tyle razy mnie denerwował, doprowadzał do szału, rozwścieczał do łez … a  ja tęsknię. 
Najlepszy na świecie człowiek pod warunkiem, że jeśli obiecałam w piątek rano ruskie pierogi na obiad, to nie powinnam robić … leniwych. Tylko tyle.

Wyczytałam, że nie starzeje się ten, kto nie ma czasu się zestarzeć. Duchowi nie dam się zestarzeć, z  wdowim ciałem nie jestem aż tak związana, ma mnie tylko nosić...Osiągnęłam pewien stan dojrzałości – dziewiętnaście lat wdowieństwa. Dziewiętnaście lat bez Piotra. Jestem już dłużej bez niego niż byłam z nim. Jego nieobecność ciągle nie jest prosta, bo uwięziona w starzejącym się ciele młoda dziewczyna jest stęskniona męskich ramion, miłości, adoracji. ...” Piotrusiu, podobam ci się w tej sukience ...?, wiem, że się podobam, tylko kokietuję ukochanego, mizdrząc się przed lustrem ... „Bardzo, ale wiesz, że najbardziej lubię cię bez sukienki..”Jedyny na świecie. Niepowtarzalny. Wariat, raptus, choleryk, ale jednocześnie czuły, wrażliwy, delikatny, kochający i niezastąpiony. Najinteligentniejszy  facet na świecie, zakochany w rodzinie, brydżu i piłce nożnej…  mnie sobie wybrał.

Kilka lat po śmierci Piotra, w czasie Wielkopostnych Rekolekcji u św. Anny zapisałam na karteczce, słowa księdza  rekolekcjonisty; 
„Każdego wieczoru postaw kropkę i przerzuć tę stronę życia.
Gdy kropki nie postawisz nie posuwasz się do przodu.
Oddaj więc każdego wieczoru, całkowicie zapisaną stronę taką, jaka ona jest.
Oddaj ją w ręce Ojca.
Wtedy możesz jutro zacząć od nowa”.

Stawiam więc kropkę i budzę się rano uśmiechnięta, wdzięczna za kolejny, rozpoczynający się dzień.
To tyle. Na marginesie wielkopostnych dni.

Każdego roku w  rocznicę śmierci Piotra, spotykamy się na mszy świętej i później zapraszam rodzinę, przyjaciół i znajomych do domu na małe co nie co. W  ten sposób jesteśmy znów jak przed laty, razem. Skład rodziny, znajomych i przyjaciół nieco się zmienia, ale póki nasza pamięć, póty Piotr jest wśród nas.
Przede mną kolejne Triduum Paschalne i dwudziesty rok bez Piotra. Głowa do góry Basiu.

Proponuję
Nowości
Popularne