Tort wiosenny
Tort wiosenny
Kaszanka w chlebie
Kaszanka w chlebie.jpg
Mazurek
img1_l.jpg
Faworki karnawałowe
faworki
Domowy chleb
img2_l.jpg
Przepisy i opisy arrow Historie kuchenne arrow Potrawka cioci Frydy
Potrawka cioci Frydy | Drukuj |
czwartek, 25 listopada 2010

Ciocia Fryderyka nie miała talentów kulinarnych, miała wiele innych. Była jak przyprawa, bez której wszystko mdłe i bez smaku. Zrozumiałam to po jej śmierci, kiedy nagle odczułam jej brak i wiedziałam, że już nie wróci.
Była ostra, czasem trudna do zniesienia, ale oczywista i przewidywalna.

Podstawowym daniem Cioci była zupa z proszku gotowana w specjalnym garnku czerwonawo burym. Miał swoją miarkę. Pół garnka ugotowanej, proszkowej lury uzupełniała śmietaną, kupowaną pod Halą Mirowską – wlewała jej tyle by garnek był pełny. Dumna wnosiła dymiący garnek do pokoju i stawiała na drewnianej podstawce, na stole. Wuj – miłośnik zup uprzejmie chwalił – mm, znakomita, Fryderyczko! Zjadał do niej dwie kajzerki i był ukontentowany. Z pracy przynosił w menażkach drugie danie. Pamiętam, że zawsze pachniało tak samo… Gulasz pachniał buraczkami a buraczki gulaszem.

Któregoś dnia Ciocia oznajmiła, że spodziewa się specjalnego gościa, miała do nas przyjść jej przyjaciółka, pani Beata ze swoja mamą. 
Pani Beata wpadała kiedy tylko mogła, ale ze swoją mamą miała przyjść po raz pierwszy. Ciocia wspominała starszą panią z wielkim nabożeństwem, poznały się tuż po wojnie w Krakowie i teraz po latach chciała zrobić na gościu jak najlepsze wrażenie. Na ogół cioci nie zależało na jakimkolwiek wrażeniu. Była ponad wszelkie wrażenia.

Boże! Jak pani Beata śpiewała! Kryształowe kieliszki w ciocinej serwantce dzwoniły! Bardzo panią Beatę lubiłam, była najlojalniejszą, najprawdziwszą przyjaciółką Cioci. Uwielbiałam, kiedy przychodziła do nas. Pitrasiłyśmy w kuchni jakąś oryginalną sałatkę, „żeby nie przytyć” w jej skład wchodziła marchewka, pietruszka, gotowane na twardo jajko i kawałek żółtego sera. Ciocia ściskając wargami tlącego się peta, mrużyła oczy i gotowała swoją zupę z proszku. Pani Beata gderała na tę ilość śmietany, ale potem zgodnie pochłaniały całą zupę. Dwie starsze, urocze panie niezwykle wesołe, dowcipne i rubaszne. Szczerze lubiłam ten duet.

Ciocia zażyczyła sobie, by jej kupić pod Halą kurę i dwie butelki śmietany. Żadnych chudych sałatek ani zupy. Oznajmiła. Przygotuję kurę w potrawce. Byłam zdumiona i zachwycona ambitnym planem Cioci Frydy, bo ona i kuchnia zdecydowanie się nie lubiły. Basiu, tylko proszę, jak będziesz mogła to pośpiesz się z tego Marymontu, to doprawisz sos do smaku. W niedzielę tradycyjnie od rana łaziłam z moją Bracią po puszczy Kampinowskiej.

Wracałam „pędem” tramwajem linii 33. Od progu usłyszałam oburzoną Ciocię, ty wiesz?  ta kura ma tylko dwie nogi. Ciociu?! Słuchałam z niedowierzałam… No bo one są zawsze takie obrośnięte, że nie zauważyłam… kontynuowała. Jakoś dotąd się im nie przyglądałam?! To było bardzo prawdopodobne. Ciocia zaraz po maturze pojechała do Lwowa na studia prawnicze. Ani wieś, ani kury, ani kuchnia nie zajmowały jej uwagi. Miała inne zainteresowania.

Nie była zamężna, nie miała dzieci. Mieszkanie służyło jej za sypialnię. Byłaby dziś klasycznym singlem.
W kuchni ładnie pachniało. Zajrzałam pod pokrywę i … zesztywniałam. Kura mało nie pękła. Bebechy tak ją wydęły, że wyglądała jak balon, a łapki i pojedyncze piórka sterczały sztywne, dziw, że pokrywy nie uniosły, że ptak nie eksplodował, może przyszłam w ostatniej chwili.  Ciociu! Trzeba było tę kurę najpierw wypatroszyć! Co ty powiesz? Poleciała do pokoju po przepis. „…Całą kurę włożyć do płaskiego rondla w gotujące się warzywa, a kiedy mięso zmięknie, wyjąć rozćwiartować, odjąć kości i doprawić sos mąką, białym winem i śmietaną…” To tak pokrótce. 

Ciociu, jęknęłam, bo w sklepie sprzedają kurczaki już bez wnętrzności. Co ty powiesz? Wszelkie kulinarne fantazje moją Ciocię dziwiły. Uznałam, że Ciocia nie wie co to bebechy i co w bebechach jest. Wyjęłam ptaka ostrożnie, by nie pękł, pookrawałam mięso na około, żeby środka nie ruszyć. Wmawiałam sobie, że wewnątrz jest tylko pszenica, że ugotowana jak każda kasza … po prostu napęczniała. Znakomitą większość „potrawki” wyniosłam na dzikie jeszcze wtedy Pola Mokotowskie, które zaczynały się tuż za naszym domem.  Jakiś psiak będzie miał kolację, pomyślałam z nadzieją. Do potrawki podałyśmy ryż. Ciocia uznała, że sos wymaga więcej śmietany, wlała więc całą zawartość butelki. Sos w potrawce był niemal biały dość rzadki, ale pełen warzyw i mięsa. Siedziałam przy stole sztywna. Nie mogłam nawet ryżu… Sączyłam białe wino. Biedne dziecko, tak się w puszczy wymęczyło, potem biegiem do domu, żeby mi pomóc. Tłumaczyła Ciocia mój brak apetytu, szczerze wierząc w tę bajkę. Prawdą jest, że byłam tego wieczoru wyjątkowo blada. Niczego nie mogłam przełknąć.

Był to pamiętny wieczór, bo dostałyśmy wtedy od Pani Beaty zaproszenie na otwarcie jej kabaretu.
Obydwie, Pani Beata i Ciocia Fryda odeszły z tego świata w tym samym tygodniu. Dzieliło je kilkaset kilometrów i pięć dni. Jakże musiały się zdziwić i ucieszyć, że znów są razem. Gdziekolwiek są Pani Beata na pewno śpiewa swoim pięknym sopranem ulubioną „arię ze śmiechem”, a Ciocia Fryda licytuje … Dwa bez atu.

Kończąc historię Cioci Fryderyki nie mogę nie opisać jej bardzo osobistych kontaktów ze świętymi. Kiedyś zawieruszył się gdzieś kluczyk do sekretnej szufladki, strasznie zdenerwowana biegała po pokoju w końcu bezsilna zwróciła się do świętego Antoniego. Święty Antoni nie bądź świnia, gdzie jest ten kluczyk? Po chwili kluczyk się znalazł. Był w popielniczce między petami. 

Proponuję
Nowości
Popularne