Tort wiosenny
Tort wiosenny
Kaszanka w chlebie
Kaszanka w chlebie.jpg
Mazurek
img1_l.jpg
Faworki karnawałowe
faworki
Domowy chleb
img2_l.jpg
Przepisy i opisy arrow Historie kuchenne arrow Odchudzanie może być przyjemne i smaczne. Waga do szafy!
Odchudzanie może być przyjemne i smaczne. Waga do szafy! | Drukuj |
wtorek, 02 czerwca 2009
Proponuję spokojne, bezstresowe, łagodne i przyjemne gubienie nadwagi. Bez liczenia kalorii, wyrzutów sumienia, stresu, niesmaku i nerwowego (na wdechu), włażenia na wagę.

Waga to praktyczne urządzenie, więc w każdym domu powinna mieć swoje stałe miejsce najlepiej na dnie szafy. Można się ważyć, jednak nie częściej niż raz na dwa tygodnie.

Lepiej wyjąć z szafy ulubioną sukienkę, spódniczkę, lub spodnie. Trzymać ciuszek gdzieś pod ręką i od czasu do czasu (raz w tygodniu) próbować zakładać. Waga drobnych sukcesów nie pokaże, a cztery milimetry mniej, jaka to radość!

Na sobie wypróbowałam dziesiątki medykamentów, diet i czarów. Efekt pozytywny był zawsze. Na krótko. Sam czas farmakologicznego odchudzania wspominam dość boleśnie; nie najlepsze samopoczucie, wyrzuty sumienia, że zjadłam coś czego nie powinnam, że za dużo, że nie o tej porze. Starałam się wprawdzie nie histeryzować i nie wpadać w popłoch. Nie chciałam katować swoimi humorami najbliższych, ale łatwo nie było.

Bywało wesoło kiedy pokazywałam bliskim kupione fatałaszki; Spójrzcie co za kolor! A jaki fason! Tkanina! I nie było drogie… Mamusiu, ale rozmiar ..? Niezłą zabawę miały także panie obsługujące mnie w sklepie. Rzadko cokolwiek mierzyłam – tyle rozsądku miałam. Piękna spódniczka. Podoba mi się, przyłożyłam do siebie... Proszę zapakować. Nie przymierzy pani? Oj, pani potrzebny jest większy numer doradzały zatroskane… Nie mamy w tym kolorze… Bylem jedną nogę zmieściła, drugą kiedyś wcisnę, zapewniałam zdumione ekspedientki. Poczucie humoru mnie nie opuszczało. Jak diabeł święconą wodę omijałam wieszaki z dużymi rozmiarami… Boże jakie wielkie, przecież to wory! Nie dla mnie!

Mam od lat tę samą, ulubioną budkę z rajstopami i z uporem maniaka prosiłam pana Rysia, by mi sprzedał „dwójkę” patrzył  życzliwie, z powątpiewaniem… Panie Rysiu! Ja się wcisnę, Pan nie wie co ja potrafię, tak naciągnę tę dwójkę, że na szyi ją zawiążę. Jestem bardzo grubo ubrana, naprawdę. Proszę o te popielate i drugie czarne. Bronił się, czerwieniał, stękał, lubił, by klientki były zadowolone z zakupów. Proszę pani, jęczał nieśmiało, nie da rady… One pani pękną… To dobra firma – pocieszałam – nie pękną. Pani Rysiowa wyjrzała kiedyś zza kotarki osłaniającej zaplecze i mało się bułką nie zadławiła kiedy zobaczyła z jakim z wysiłkiem rozciągałam dłońmi szare cudeńka  - numer 2.

Przypadkiem trafiłam na wykład lekarza gastrologa, którego pasją jest odchudzanie ludzi z nadwagą i otyłych. Jest, mówił, poważna różnica między nadwagą a tuszą. Zaintrygował mnie bardzo. Tuszy pozbyć się jest bardzo trudno, ale z nadwagą łatwo sobie poradzić.

Jeśli schudnę stosując się do jego zaleceń, to znaczy, że  mam nadwagę, ale nie jestem otyła. Co to był za wykład! 
Straszył, że niebezpieczna jest otyłość brzuszna, że cukrzyca, że kobiece sprawy... Potem przeszedł do meritum i to była istna poezja; przykłady, przykłady, przykłady. Antologia tuszy! Maniak i pasjonat odchudzania tłuściochów.

Przypominał mi pewną dentystkę, która opowiadała, że jadąc autobusem czy tramwajem zagląda ludziom w zęby i marzy o tym, by poprawiać im uśmiech, zgryz, barwę ... taka choroba. Pasja.
Umówiłam się na wizytę. Stając na wadze wstrzymałam oddech i próbowałam się unieść, wlepiłam wzrok w zadumane czoło pana doktora i plotłam… Jestem grubo ubrana… Straszny ze mnie zmarzluch… Ciepła bielizna… Może zdejmę skarpety, są grube… Ważą!
Ile centymetrów w pasie? Boże! Pan się na pewno nie myli, panie doktorze? A może ten centymetr…? Dobry jest. Dobry. Na pewno. Mój oprawca uśmiechnął się serdecznie i pocieszył. Jest źle, ale nie ma pani otyłości brzusznej, tragedii nie ma. Panie doktorze, przyznałam się nieśmiało, a widział Pan jak wciągałam brzuch w czasie badania? Próbowałam być jak osa… Wcięta.
Widziałem. Spojrzał na mnie z udanym uznaniem. Doskonale. Tak należy ćwiczyć mięśnie brzucha, one trzymają kręgosłup. Kobiety oddychają klatką piersiową, więc bez trudu mogą cały czas trzymać mięśnie brzucha na uwięzi – poinstruował.
Po zważeniu, zmierzeniu wzdłuż i wszerz oznajmił zacierając ręce; Pani mi się podoba, da pani radę, ja to widzę. Już czułam że chudnę… Specjalista od  odchudzania tłuściochów i pewnie niezły psycholog.
Startujemy pani Basiu? Startujemy!

Między 7 a 10.30 rano trzeba koniecznie zjeść śniadanie. Obowiązkowo!

Herbata zielona, czarna, ziołowa, kawa, woda – co pani lubi. Pełna dowolność. A może być kawa z mlekiem i cukrem? Kawa musi być – nie pozwoliłam sobie przerwać. Ranek bez kubka mocnej, słodkiej kawy z odrobiną mleka nie byłby rankiem… Piję kawę kilka razy dziennie. Spróbuję trochę ograniczyć. Pan doktor kiwał głową z dezaprobatą, ale się zgodził – grunt to kompromis.

Na śniadanie zjeść należy 3 - 4 czubate łyżki musli najlepiej z jogurtem. Równie dobrze może być kefir, maślanka lub woda, ale zdrowiej z jogurtem, bo ma niezbędne (zwłaszcza dla pań) bakterie, które najlepiej właśnie rano wprowadzić do przewodu pokarmowego. Chodzi o różnego rodzaju grzybice, które próbują nas atakować. Regularne picie jogurtu, właśnie rano, na pusty żołądek wystarczająco nas zabezpiecza. Powtarzam za panem doktorem.

Musli najlepiej zrobić samemu, od razu większą porcję, by starczyło na dłużej; pół kilograma zmieszanych, różnych suszonych owoców – w tym mogą być bardzo słodkie. Figi, daktyle, morele, śliwki, ananas, rodzynki, żurawina.

Pół kilograma wymieszanych; orzechów laskowych, włoskich, ziarno słonecznika, migdały, pestki dyni, ziarenka sezamu, siemię lniane i co tam jeszcze nam wpadnie do głowy.

Pół kilograma płatków owsianych, kukurydzianych, pszennych itp.

Wszystko to razem dobrze wymieszać w misce, przykryć ściereczką i trzymać pod ręką, w przewiewnym miejscu.
Zapewniam, że po takim śniadaniu nie jest się głodnym, ani nie chce się jeść słodyczy!

Południe należy rozłożyć na dwa posiłki:

Herbata, kawa (moja kawa też  może być, jeśli ktoś lubi) woda + około 200 gramów świeżych  owoców. (Owoce bardzo ważne!)
Warzywa surowe, gotowane duszone w dowolnej ilości (należy pamiętać o tym, że do wszelkich surowizn trzeba zawsze dodać oliwę, lub olej.

Zupa „śmietnik” (moje nazewnictwo) Fasola szparagowa, kiszonki wszelkiego rodzaju, mieszanki warzywne. Można do tego dodać chudą rybę, albo kawałek  piersi kurczaka.

Codziennie do wyboru ok. 2 łyżek (przed ugotowaniem) ryżu, albo kaszy, albo makaronu. Zamiennie mogą być  2 kartofle, lub 3/4 szklanki grochu lub fasoli.

Jeżeli w zupie „śmietnik” nie ma mięsa można zjeść z warzywami, upieczone, lub z rusztu dowolne mięso bez tłuszczu, ewentualnie zamiennie dwa jajka  sadzone.

Soki z warzyw można pić ile się chce, byle nie pikantne. Dobrze jest pić soki z buraków, z marchwi, pomidorów i wielowarzywny.
 
Sok z buraków, jeśli robimy go sami powinien odstać dwie godziny, bo może działać przeczyszczająco! Na mnie to tak cudownie nie działa.

UNIKAĆ należy soków owocowych, słodzonych.

Wieczorem:
Herbata zielona, owocowa, sok warzywny, woda i spacer. Koniecznie. Ewentualnie lekka gimnastyka rozciągająca ok.30 minut.
UWAGA. Na każde 10 kilogramów zredukowanej masy ciała 7 kilogramów, to tkanka tłuszczowa a pozostałe 3, to masa mięśniowa. Im mniejsza masa mięśni tym niższa  podstawa przemiany materii. I dalej– z informacji p. doktora – terapię należy traktować optymistycznie, nie stresując się i nie biczując za drobne wpadki czy niepowodzenia.
Dieta jest dla nas nie my dla diety!

Generalna zasada! Słodycze od czasu do czasu, warzywa na co dzień.

Już w czasie samego wykładu czułam jak mi ubywa… Myślę że pozytywne nastawienie, to połowa sukcesu!
Po tygodniu stosowania tej diety schudłam około centymetra. Nie byłam głodna. Nie szukałam słodyczy, nie podjadałam kanapek  podczas przygotowywania śniadań i kolacji dla mamy.

Od czasu do czasu można zrobić wyskok, nie zaszkodzi, ale to nie może być codziennie po troszkę. „Balanga raz a dobrze, organizm tego szaleństwa wtedy nie zagospodaruje, bo nie spodziewał się tyle dobra, więc wszystko przeleci....” Taką mniej więcej notatkę sporządziłam podczas wykładu.

Kolejna, bardzo ważna informacja, bo nie wyobrażam sobie by iść do kogoś na przyjęcie i poinformować gospodarzy z miną cierpiętnicy… proszę tylko o wodę, – ja od szóstej już nic nie jem, bo.... i tu następuje cała historia.... Odstrzelić takiego gościa! Jest niegrzeczny, wpędza pozostałych w zakłopotanie, może w kompleksy… Uważam takie zachowanie za  niedopuszczalne. Pan doktor zgodził się ze mną!

W trakcie „kuracji” byłam na kilku przepysznych i wytwornych kolacjach. Kosztowałam, smakowałam, zachwycałam się. Piłam wino i whisky ... Nie trzeba się obżerać, by sprawić gospodarzom przyjemność. Wystarczy po prostu jeść z apetytem, nie wybrzydzając i dobrze się bawić. Ot i wszystko.

W ten sposób przeżyłam kilka miesięcy. Dość szybko ubyło mi w pasie około 6 centymetrów. Teraz proces ten postępuje wolniej. Zostawiłam sobie na wierzchu ulubioną przed laty spódnicę i zamiast stawać na wagę, co kilka dni zakładam ją (rano). Jeszcze nie dopinam wszystkich guzików. Jestem jednak bardzo cierpliwa, nie panikuję, że to tak wolno idzie. Idzie! Wyobrażam sobie, że za rok będę lżejsza o kilka kilogramów, i tym się cieszę, bo będę na pewno.

Zgubiłam nawyk podjadania między posiłkami, w czasie przygotowywania potraw kosztuję łyżeczką, a nie chochlą. Za to dosłownie pożeram zielone sałaty, kapustę pekińską, kiszoną, wlewam w siebie hektolitry soków buraczanych i pomidorowych, niemal upijam się jogurtami… Nie jestem głodna, piję mniej kawy! W lepszym stanie są moje dziąsła, biegam po schodach nie sapiąc.

Staram się więcej ćwiczyć, ale ciągle brak czasu, więc najrzetelniej ćwiczę przed zaśnięciem.
Wyrzucam nogi na kołdrę i… Lewe biodro nad prawe, prawe nad lewe, rękami w górze wkręcam i wykręcam śrubki, wędruję stopami po ścianie pod sufit; stopa za stopą  w górę i w dół, nabieram powietrze ustami pcham je klatką piersiową do brzucha i wydycham pomalutku nosem do końca, do… ostatniego  tchnienia, aż brzuch przywiera do pleców. Podtrzymując głowę ramionami podnoszę górną część ciała do lewego potem do prawego kolana. … Raz, dwa, trzy, cztery, raz, dwa, trzy, cztery…
Fikam  więc na prześcieradle i najczęściej zasypiam pedałując.

Pewien Kapłan w swojej homilii mówił kiedyś, że nie ma co się zastanawiać, gdzie jest Niebo ... Niebo to nie miejsce, lecz stan ducha, kiedy spotykamy się z Bogiem. Jakoś łatwiej mi o ten stan ducha… Ktoś powie, że wpadłam w szpony infantylnej euforii, egzaltacji? Nie szkodzi! Produkt uboczny. Minie! Przecież ”W zdrowym ciele zdrowy duch”.

Żartuję nie raz z dziećmi, że gdyby nie nasze wspólne sobotnie i niedzielne śniadania już by mnie było mniej. Ale ja się nigdzie nie śpieszę, a nasze wspólne biesiadowanie uwielbiam i nawet za cenę wolniejszych spadków wagi nie zrezygnuję z tej wielkiej przyjemności bycia przy stole razem przynajmniej dwa razy w tygodniu.
Chce się czasem zgubić kilka kilogramów, dobrze więc mieć pod ręką sprawdzony i bezpieczny sposób. Na pewno bezpieczny, bo polecony przez lekarza.

W spódnicy został mi jeszcze jeden guzik do zapięcia. Nie poddaję się. „Dopnę” sprawę do końca.
Co – po dwóch latach - z zaleceń pana doktora kontynuuję.

Śniadania:
Staram się pić rano jogurt. Z musli jest różnie – raz je zjadam innym razem piekę dwa jabłka i zjadam je z dwiema łyżkami płatków owsianych, popijając ulubioną kawą. Czasem zjadam pajdkę upieczonego przeze mnie chleba posmarowaną masłem i domowym pasztetem, wędliną lub plastrem białego sera (tłustego!)

Obiady:
Polubiłam ryby w warzywach. Wszystkie poza dorszem, który jest zbyt aromatyczny. Dorsza piekę w folii smarując go masłem, czosnkiem, pieprzem cytrynowym i okładając cebulą…
Pożeram sałaty, zwłaszcza pekińską. Kiedy jestem głodna sięgam po nią. Przyjemnie chrupie. Gryzę ją jak jabłko. Zajadam się kiszoną kapustą z wtartym jabłkiem, odrobiną marchwi, oleju i masą posiekanej natki pietruszki.

Kolacje:
Najrozmaitsze sałatki z warzyw z jajkiem na twardo, jeśli mam swój chleb, to pajdkę chleba posmarowaną masłem, którą przegryzam piramidką domowych, małosolnych ogórków…
W zależności od pory roku, pogody, samopoczucia, zmęczenia. Wystarczy się wsłuchać w organizm. Podpowie. Na pewno nie upomni się o kawał szarlotki czy sernika, bo po porcji słodkości na śniadanie nie będzie miał takich zachcianek.
Rodzice zawsze powtarzali, że elegancko i zdrowo jeść to znaczy wstać od stołu z uczuciem, że zjadłoby się jeszcze kilka pączków.

I ostatnia sprawa niezwykle istota. Najczęściej połykamy posiłki w pośpiechu, a niesłychanie ważne jest dokładne przeżuwanie każdego kęsa. Już o tym pisałam. Dlaczego to takie ważne? W ustach rozpoczyna się proces trawienia. Jeżeli porządnie pogryziemy pokarm i przed połknięciem zmieszamy dobrze ze śliną, której składnikiem jest enzym rozkładający węglowodany na cukry proste, w żołądku jedzenie nie będzie zalegało. Znacznie szybciej zostanie poddane innym enzymom i kwasom. To tak pokrótce.

Elegancko jeść, to znaczy wolno jeść, dokładnie żuć, nie połykać kęsów i nie najadać się  do syta.
Bardzo ważne jest skąd się wzięła nadwaga i ile lat się ją dźwiga. Moja waga już po urodzeniu dzieci przy wzroście 162cm wahała się miedzy 52 – 54 kilogramy. Porody trochę mnie „rozszerzyły” – zaokrągliłam się nieco, ale nadal byłam drobna.
Po odejściu męża przestałam jeść, zaczęłam pożerać wszystko co pod ręką. Krakersy i topione serki zawsze miałam w kieszeniach i torebce. Nim zrzuciłam czerń (około roku) przybyło mi ponad 18 kilogramów.
To była choroba.

Kurację, którą opisałam rozpoczęłam po około 17 latach dźwigania dodatkowych kilogramów. Po dwóch latach straciłam 12 kilogramów. Dopinam ostatni guzik w spódnicy. Odwiesiłam ją do szafy a pod ręką mam teraz inny, równie miły ciuszek… też z guziczkami.

Powodzenia!

 

Proponuję
Nowości
Popularne