Tort wiosenny
Tort wiosenny
Kaszanka w chlebie
Kaszanka w chlebie.jpg
Mazurek
img1_l.jpg
Faworki karnawałowe
faworki
Domowy chleb
img2_l.jpg
Przepisy i opisy arrow Historie kuchenne arrow O sztuce kaligrafii, deszczowym basenie i siostrze Kozuli od gniewu Bożego
O sztuce kaligrafii, deszczowym basenie i siostrze Kozuli od gniewu Bożego | Drukuj |
piątek, 25 czerwca 2010
Lubię wertować gruby „kulinarny zeszyt” cioci mojej Mamy, Hali. Sfatygowany grzbiet, pożółkłe ze starości, kartki, wyblakłe, ledwo widoczne pismo, ale litery piękne. Przepisy trzeba nieco modyfikować, bo gdzie szukać „dobrej pytlowej mąki prosto ze młyna”. Atrament wyblakły, ale litery pozostały kształtne. Przy niektórych przepisach są uwagi dopisane innym kolorem atramentu ale równie pięknym charakterem pisma… „Zamiast ośmiu żółtek lepiej dać 6 i łyżkę tęgiej śmietany”. W innym przypadku, przy torciku mokka… „kawy za dużo, albo za mocno wypalona”.

Szkoda, że zaprzestano uczenia kaligrafii w szkołach. Dziś doceniłabym tę umiejętność. Wiele lat temu, kiedy byłam w klasztornej szkole uczono nas kaligrafii, ale nie wiele skorzystałam. Mimo, że dość zdolna manualnie miałam z kaligrafią ogromne problemy. Wolałam cały warzywniak przeplewić w serdecznym i wyrozumiałym towarzystwie Siostry Ogrodniczki, niż mordować się „rysując” słowa w specjalnych kratkach nie odrywając ręki od pulpitu. Byłam najgorsza inajnieznośniejsza w klasie podczas tych zajęć. Podglądałam jak koleżanki niemal podpierając się wywalonym na językiem, manewrują tym pracowitym mięśniem w tę i we w tę, siląc się i pocąc, by sprostać wymaganiom nauczycielki dowcipkowałam i wymyślałam kategorie w zawodach; która wywali język najdalej, która dotknie nim czubka brody, czyj okaże się bardziej skrętny w lewo, a czyj w prawo. Dziewczyny trenowały, wykręcały języki, a ja je zagrzewałam do rywalizacji. Bywało wesoło. Naturalnie lądowałam za karę na korytarzu.

W jakimś momencie Siostry zaprzestały nas ćwiczyć. Miałam pewną teorie, że to przeze mnie. Widzę tu oczywiste odniesienie do filmu „Jak wywołałem trzecią wojnę światową”. Wypraszana na korytarz  wynajdywałam sobie jakieś zajęcia. Na przykład zbiegałam do refektarza po tacę i zjeżdżałam na niej po schodach, robiąc nieprawdopodobny harmider. Czasem zjeżdżałam po poręczy, miała idealną gładź. Wtedy było cichutko. Za cicho. Któregoś razu cichutko... zjechałam prosto w objęcia Siostry Dyrektorki. Anioł w habicie. Po prostu się uśmiechnęła. Bez wywracania oczu i tłumaczenia się dygnęłam uprzejmie i przytomnie zapytałam. Proszę Siostry, gdybym chciała wstąpić do Nowicjatu, jakie dostałabym imię…

Nasze Siostry miały najbardziej egzotyczne imiona i wydawało się, że „normalnych” już brakło. Intrygowało to trzynastoletnie panienki. Kiedy poinformowałam koleżanki, że za dwa dni po studium (studium to był czas uczenia się, odrabiania lekcji i myślenia o niebieskich migdałkach), mam się stawić w bibliotece, wtedy poznam wolne imię, wszystkie byłyśmy w euforii. Dwa dni się wlokły... a kiedy wreszcie wylądowałam z wypiekami na twarzy przed obliczem Siostry, dowiedziałam się, że będę siostra Kozula od Gniewu Bożego. Siostra minę miała skupioną i poważną. Kozula ?..Wprawdzie niektóre z imion bardzo były egzotyczne; Boromea, Ena, Filona ..., ale Kozula?, Kozula?!, Koza!! Dygnęłam, cmoknęłam Siostrę w rękę i w mgnieniu oka stanęłam przed deszczowym basenem. Moja Siostra Ogrodniczka szczerze rozbawiona pocieszyła mnie. Nie martw się Pan Bóg kozy też kocha. A imion moje dziecko nie zabraknie. Przygarnęła, przytuliła. Nie komentowałyśmy już sprawy. Byłam zawiedziona. Trochę.

W klasztorze było jak w domu, tyle, że czas miałam lepiej zorganizowany, nie było mowy o marnotrawieniu go. Można było się uczyć języków obcych, można było korzystać z lekcji gry na fortepianie. Byłam jednak zbyt niedojrzała, by to docenić. Męczyłam fortepian i Siostrę przez kilka miesięcy. Uwielbiałam fortepian, miałam słuch, więc szybko opanowałam kilka modnych szlagierów, grałam nawet klasykę – na przykład „Nad pięknym modrym Dunajem”, albo chętniej patriotyczne „Grzmią pod Stoczkiem armaty, błyszczą  białe rabaty, a Dwernicki na przedzie na Moskala sam jedzie...!” „Sam jedzie” tak akcentowałam, że stare, klasztorne mury drżały. Nieźle grałam i  z należną werwą! Jednak moje „ługi Bugi” gwałciło dostojny mebel. Palcówki doprowadzały mnie do mdłości. Monotonia…
W nieskończoność ;  do, Re, mi, fa, sol, la ,Si, do ... do, Si, la, sol, fa, mi, Re, do...  Do, Re, mi, sol, do... fa, Si,  Re, mi, do. I w tę i na zad. I w tę i na zad … Siostra robiła buzię w ciup, otulona welonem unosiła się na palcach i opadała, unosiła i znów opadała. Była piękna, delikatna, zwiewna. Ona sobie i ja sobie ...
 
Bezlitosną rąbanką pastwiłam się na niewinnych klawiszach i  w końcu Siostra, choć uważała, że powinnam brać lekcje muzyki, dała za wygraną. Święty by stracił cierpliwość. Było mi smutno, że nauczycielkę zawiodłam, ale nie długo rozpaczałam, muzyczną pasję przeniosłam na grzebień – trochę wargi swędziały. Byłam bardzo muzykalnym dzieckiem. Odkąd pamiętam śpiewałam i tańczyłam. Stale mruczałam jakieś znane, lub tworzone przez siebie melodyjki. Szybko zapamiętywałam usłyszane melodie i powtarzałam je bez trudu.  Z poznawaniem nut też  nie miałam kłopotów. Palcówki zabiły  wirtuoza!

Zdarzało się nie raz, że mdlałam. Zwykle rano, w Kaplicy podczas Mszy Świętej. Kiedy Siostry zaczynały śpiewać, to jakby chór Aniołów, gdzieś z nieba. Nigdy wcześniej nie słyszałam takiej nieskazitelnej harmonii głosów. Odwracałam głowę i patrzyłam w górę na chórek,  żeby się upewnić, że to tylko siostry, a nie żadne Anioły. Czy to było dojrzewanie, wrażliwość na piękne, głosy. A może histeria i poranne niedotlenienie. Bóg raczył wiedzieć. Najpierw miałam łzy w oczach, potem obłaziły mnie mrówki, potem zimny pot lał się po kręgosłupie, potem czułam lód w piętach, potem miałam lodowate czoło, a potem, najczęściej w momencie Przeistoczenia, nagle ksiądz się „przewracał” i nic już ani nie widziałam, ani nie słyszałam. Nagle spadałam w jakąś otchłań i słyszałam bicie dzwonów. To się powtarzało na tyle często, że wcale nie było… nie miłe. Przyzwyczaiłam się. Zwykle czułam, że „to” nadchodzi i uprzedzałam siedzącą obok. Uważaj, zaraz będzie bęc. Kiedyś podczas porannego nabożeństwa modliłyśmy się o szczęśliwy powrót naszych koleżanek z wycieczki, przyszła moja kolej, więc z najszczerszą prośbą zaniosłam do Nieba. ”Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie”…, moje koleżanki bezmyślnie paplały dalej „a światłość wiekuista niechaj im świeci...” potem ja ..”niech odpoczywają w pokoju wiecznym…” Ocknęłam się w infirmerii. Siostry specjalnie się mną nie przejmowały, kiedy już wybałuszałam w miarę przytomne oczy i trzęsłam się z zimna, słyszałam serdeczne i pełne troski „ach ty jesteś psotka”, dostawałam zaraz ciepłą kaszkę mannę z masłem i miodem (do dziś to uwielbiam!) była to chyba dość częsta przypadłość, charakterystyczna dla mojego „dojrzewającego” wieku i pewnie anemii (anemia towarzyszyła mi przez wszystkie lata, do czasu ciąży – pierwsza, zagrożona ciąża, która była niebezpieczna i dla dziecka i dla moich nerek, wyleczyła mnie z  chronicznej anemii...

Byłam u Sióstr niezwykle szczęśliwa. Nigdy przedtem i nigdy potem nie miałam tylu wspaniałych koleżanek. Nigdy tylu osób w jednym miejscu nie lubiłam. Byłam zrozpaczona i nieszczęśliwa, kiedy musiałam Szkołę opuścić. Niestety Rodzice nie byli w stanie dłużej finansować mojej prywatnej edukacji. Dotąd z rozrzewnieniem wspominam Biały Klasztor.
Nie pamiętam, by Siostry skarżyły się na nas rodzicom. Brały za nas odpowiedzialność i po prostu nas wychowywały jak umiały najlepiej. One nas, wszystkie swoje dzieci bez wyjątku, kochały mądrą miłością założycielki Szkoły. Po prostu. Żadnej egzaltacji, żadnego różnicowania wychowanek, były wprawdzie bardzo wymagające i konsekwentne w egzekwowaniu nakładanych na nas zadań, ale jednocześnie bardzo pomocne i przyjazne. Byłyśmy w całym tego słowa znaczeniu „zaopiekowane”. Bardzo dużo czasu spędzałyśmy na  powietrzu, dużo czytałyśmy. (Cały Emil Zola był na indeksie, ale dawałyśmy radę…) Z anielską cierpliwością pomagały nam w odrabianiu lekcji. Wszelkie kary (za wybryki) miały sens. Albo froterowałyśmy korytarz ślizgając się zapamiętale na przymocowanych do kapci grubych, pilśniowych froterkach po całej jego długości – to była nasza ulubiona kara, jak się wzięło dobry rozpęd i porządnie wrzasnęło „Juhuu”,  to kilkadziesiąt metrów korytarza można była pokonać. Albo poznając najróżniejsze ściegi, cerowałyśmy w westiarni ścierki pod czułym okiem Siostry Domicyli. Życie nasze było tak zorganizowane i tak zaplanowana  każda godzina, że nie było czasu na nudy.

Opisując choćby fragmentarycznie moją klasztorną edukację, nie mogę nie wspomnieć Siostry Ogrodniczki. Żałuję, że byłam dzieckiem, kiedy się o tę niezwykłą postać otarłam. Uwielbiałam przebywać w jej towarzystwie, choć była raczej powściągliwa. Ja trajkotałam, ona cierpliwie słuchała. Zamieniałam się w słuch dopiero, kiedy zaczynała opowiadać o chorych kartoflach, pomidorach, o tym, jak się je leczy, o dobrodziejstwie pszczół, biedronek, różnych żuczków i dżdżownic, które są pożyteczne i konieczne w ogrodzie. Pokazała mi gdzie zimują niezwykle cenne złotooki, gdzie próbują przezimować trzmiele, niestety im się to nie udaje, jedynie ich królowa przeżywa….
Nie sadź buraków koło kartofli – one się nie lubią,  lubią  za  to towarzystwo  cebuli, czosnku, kapusty, pomidorów i sałaty… Tak nie wiele  pamiętam z jej mądrych rad. Bywało nie raz, że  zasłuchana w jej opowieści siedząc na wąziutkim, blaszanym  brzegu „basenu” z deszczówką, machałam bezwiednie nogami nad ziemią, a  moczyłam pupsko w zimnej, pełnej najrozmaitszych muszek i  pajączków wodzie i dopiero po dłuższej chwili czując nie miłe zimno podskakiwałam ... Ojej!  Proszę Siostry! Znów jestem mokra! Patrzyła na mnie rozbawiona ... eee  to nic, jest dobra pogoda. A trzeba wiedzieć, że pogoda zawsze była dobra. Czy mżyło, czy był skwar, czy lało, czy wiało.

„Za każdy dzień Panu Bogu dziękuj”. Miałam jej nie kochać? Drobna, choć wydawała mi się wysoka, lekko zgarbiona postać w  szarym habicie i  zawsze śnieżno białym welonie, z podwiniętymi  i zaczepionymi gdzieś w okolicy ramion wielkimi rękawami. Ręce szczupłe, ale nie delikatne, zawsze umorusane ziemią, ciągle coś przesadzała, podwiązywała, plewiła, taskała. Pielęgnowała ten ogromny ogród  chyba całkiem sama. Zwykle kiedy do niej przybiegałam, zastawałam ją koło wielkiego blaszanego „basenu” pełnego deszczówki. Zawsze się mną cieszyła, choć na pewno jej przeszkadzałam.  Dziś myślę, że była jedną z tych niezwykłych, świętych, które nigdy nie trafią na ołtarze.
Wierzę, że są wokół nas ludzie, których Pan Bóg specjalnie nam posyła. Pojawiają się, by wspierać w trudnych chwilach. Nie zawsze ich dostrzegamy obok siebie, ale oni są.
Takim dobrym duchem była Siostra Ogrodniczka.
Dowód?

Byłyśmy całą klasą na wycieczce w Pieninach. Trzy dni niewypowiedzianych przyjemności. Wprawdzie dwie Siostry pilnujące naszego bezpieczeństwa ukrócały nasze harce, ale i tak było bajecznie – choćby spływ Dunajcem z Nidzicy do Czorsztyna. Powrót był dość smutny, bo następnego dnia czyhał na nas egzamin pisemny z fizyki i kombinowałyśmy ...co by tu?.... Rozchorujemy się! Do szkoły przyjdą tylko eksternistki, a że są w mniejszości, to egzaminu nie będzie. Konspirowałyśmy szepcząc całą drogę powrotną. Na twarzach naszych umordowanych Sióstr malowały się wyraźnie ulga i duma... okiełznałyśmy  nareszcie te smarkule, chyba się wreszcie zmęczyły. Mogły wreszcie wyjąć różańce i zacząć  modlitwy...

Dojechałyśmy do Klasztoru w porze podwieczorku, ale nie zeszłyśmy do refektarza bo już  czułyśmy się źle. Jedne narzekały na brzuch, inne na głowę, naprawdę obolała byłam ja, bo biegnąc w górę po trzy schodki, nie wyrobiłam się i z ostatniego zleciałam na dół. Było mi więc łatwiej odgrywać zaplanowaną komedię. Siostra Mistrzyni powściągliwa i ascetyczna, nawet kiedy się uśmiechała zaciskała swoje zawsze i tak zaciśnięte usta jeszcze bardziej, tylko oczom pozwalała się śmiać. Nie ukrywała zaniepokojenia o nasze zdrowie, każdej z nas dała aspirynę i kazała popić gorącą herbatką. Ciepłą, słodziutką, sączyłyśmy z rozkoszą, ale żadna z nas nie połknęła aspiryny. Wykorzystując „czas własny” pognałyśmy do ogrodu. Pogoda była doskonała, by się podtruć lub zaziębić, a najlepiej jedno i drugie. Zaczęłyśmy realizować nasz chytry plan. Wygrzebywałyśmy z ziemi maleńkie, nie wyrośnięte jeszcze ziemniaki,  zrywałyśmy z krzaków małe, ledwo zawiązane owoce agrestu, całkiem jeszcze zielone, małe jabłuszka, gronka czerwonej i czarnej porzeczki - miały  jeszcze  końcówki  nie odpadłych  kwiatów – nie pamiętam jakie jeszcze paskudztwo wchodziło w skład naszej „sałatki”. Cały ten bukiet owocowo – warzywno – mięsny, zanurzyłyśmy razem z wiklinowym koszem w deszczowym basenie i choć to niewiarygodnie może brzmieć, wpałaszowałyśmy wszystko, byle szybko, przegryźć i przełknąć; ogonki, listki, muszki, pajączki... Byłyśmy tak rozbawione i zachwycone naszym pomysłem, że wszystkie świństwa bez większego problemu dały się zjeść. Nagle spod ziemi jak wryta, stanęła przed nami moja kochana przyjaciółka Siostra Ogrodniczka. Patrzyła na nas osłupiała i zdumiona. Natychmiast zdradziłam jej naszą tajemnicę, zwierzałam się jej przecież z najstraszniejszych grzesznych występków, pragnień i pomysłów; Kiedyś miałyśmy gotować kisiel, zapomniałyśmy kupić sok. Znalazłam „sok” na podłodze, za drzwiami pracowni „gotowania wody na gazie”. Dziewczynki! Jest jakiś sok – tryumfowałam. Nie bez trudu otworzyłyśmy butelkę, któraś z dziewczyn skosztowała …on nie jest z malin, wykrzywiła się, ostry jakiś … oceniła, eee tam. Przecież się doda cukier. Porozlewałyśmy do białych emaliowanych kubków, po kilka łyżek, tak by wszystkim starczyło. I następnego dnia gotowałyśmy kisiel… z bajcu, do malowania podłóg. Dobrze że Siostra Taida (siostra mojej Mamy)  uczyła nas zasad zdrowego żywienia i  nie kazała nam tego świństwa zjeść … Tego co nastąpiło potem, nie będę opisywała. Tylko tyle że  białe emaliowane kubki, już nie były nigdy białe.

Siostra Ogrodniczka była moim Konfesjonałem, wszystkie moje grzeszki „rozsypywała po ogrodzie” – wiatr zrobi z nimi porządek - mawiała i rozgrzeszała pocałunkiem w czoło… Wiele lat później  pewien Jezuita, mój Ojciec duchowy i przyjaciel, nazwał mnie  „dziczką w Bożym Ogrodzie”.(?)


Siostra Ogrodniczka uśmiechnęła się do nas, ale to był dziwny, smutny uśmiech. Dotąd nie znałam jej takiej. Wolałabym pałę z egzaminu dostać niż widzieć ten uśmiech, taki…  nie jej. To był jednak moment, mgnienie... Po chwili serdeczna, czuła jak zawsze i szczerze rozbawiona, pogoniła nas do domu. No, no wystarczy, bo się naprawdę pochorujecie. Każdej z nas naznaczyła krzyżyk na czole i poleciałyśmy z jej błogosławieństwem w stronę domu. W zębach skrzypiał piasek, język sztywny z niesmaku, podniebienie nieprzyjemnie szczypało, jakaś pajęcza noga tkwiła między zębami, nogi przemoczone, ale nigdy dotąd nie byłyśmy takie, wzajemnie sobą zachwycone. Wycałowałyśmy się z dubeltówki w chaszczach przed klasztorem – teraz już koniec swawoli. Zaczynamy być cierpiące. Naturalnie pełna konspiracja. Starsze koleżanki nic nie wiedziały. Byłyśmy bardzo solidarne, sprawa dotyczyła tylko I b. Wieczorem, „obolałe”, gęsiego, polazłyśmy do pokoju Siostry Mistrzyni po błogosławieństwo przed snem. Każda z bólem głowy, albo brzucha, trzeba było na dobre zacząć tę komedię, żeby rano na apelu nie było zaskoczenia. Bardzo zatroskana o nasze zdrowie Siostra dała nam termometry. Mierzyłyśmy temperaturę. Nic! Jeszcze nic.... Pocieszałyśmy się…
Przed nami noc.

Żeby tylko Siostry nie wezwały pogotowia. Rano wylądujemy w bialutkich łóżkach infirmerii pod czułą opieką Siostry Boromei, ona nas wyleczy. Dostaniemy ciepłą, słodką herbatkę i pyszną mannę  z masłem i miodem … byle dotrwać do rana. Tym czasem jedyne co nam doskwierało, to, że nic nam nie doskwierało. Niesmak w ustach. Tyle... O 21.30 głodne, zmęczone padłyśmy do łóżek i spałyśmy jak zabite.
Pobudka o 6.45, i jak co dzień, z rozpędu i przyzwyczajenia na  wesołe zawołanie Siostry dyżurnej „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus,” zaćwierkałyśmy wesoło, przekrzykując się „Na wieki wieków Ameeeen!”. Wypoczęte, zarumienione, po dobrze przespanej nocy, zdumione, z niedowierzaniem przyglądałyśmy się sobie. Nic?! Nawet rozwolnienia?! Nawet burczenia w  brzuchach?


To robota Siostry ogrodniczki. Spowodowała  też, w sobie tylko wiadomy sposób, że nie było egzaminu z fizyki. Siostra, która miała nas egzaminować,  na ogół bezlitosna, sroga, i nie ludzko wymagająca  stwierdziła krótko, że  nie  będzie nas męczyć, bo na pewno jesteśmy jeszcze zmęczone wyprawą w Pieniny.
Chodźmy dzieci nad Kamienicę, weźcie piłkę, pogramy w dwa ognie. To był cud! Po prostu,  istny  cud!
Wiele lat później dowiedziałam się, że kochana przeze mnie Siostra Ogrodniczka dzieciństwo spędziła w Kazachstanie, wywieziona z Kresów z ciężarną mamą, a ich podstawowym pożywieniem  było  wszystko to, co można było znaleźć, wygrzebać z ziemi  i zerwać. Chleba nigdy nie starczało.
Jest jedną z tych osób do których tęsknię.
Dla niej Kinga jest Kingą.

Proponuję
Nowości
Popularne