Tort wiosenny
Tort wiosenny
Kaszanka w chlebie
Kaszanka w chlebie.jpg
Mazurek
img1_l.jpg
Faworki karnawałowe
faworki
Domowy chleb
img2_l.jpg
Przepisy i opisy arrow Historie kuchenne arrow O lodowatej łazience, pająku i hibiskusie
O lodowatej łazience, pająku i hibiskusie | Drukuj |
wtorek, 03 marca 2009
Niemal każdego roku późną jesienią przynoszę ze śmietnika pół żywe rośliny, pewnie jakiś balkon wysprzątano przed zimą, albo szpeciły okienny parapet, może się już  nie mieściły ... one tego nie powiedzą, nie chciałabym pytać. Przynoszę je do domu, myję, zmieniam doniczki, wsadzam w świeżą ziemię, rozpieszczam, ustawiam w najlepszym miejscu ... a jak one się rewanżują!

Długo bym wymieniała te wszystkie śmietnikowe piękności, które przyniosłam do domu. Choćby hibiskus, który z rachitycznej, powykręcanej, niemal bezlistnej roślinki zmienił się w niezwykle piękny, półtorametrowy krzew. Kwitł niemal nieprzerwanie kilka lat. Rozrósł się tak, że już ostatnio z trudem go wynosiłam do ogrodu i jesienią wnosiłam. Pomarańczowo - amarantowe  kwiaty większe były od dłoni, a ciemno brązowe pręciki ciekawie wyglądały z kielichów. Tej wiosny po raz ostatni miałam go wynieść do ogrodu na letnie miejsce. W lipcu zaczął wyraźnie marnieć, kulił się. Nie pomagało dokarmianie specjalnymi odżywkami, nie pomagały opryski ani czułe słówka. Rósł w dobrej, wygodnej donicy, więc przesadzanie wydawało się bez sensu. Kilka tygodni temu oparł o pergolę i posmutniał. Jeszcze próbował nas obdarować kwiatami. Dwa pąki niemal się rozwinęły, był to jednak taki wysiłek dla rośliny, że liście prawie wszystkie opadły. Niestety kwiaty też umierają.

A po podłodze w dużym pokoju łazi dostojnie wielki pająk. Jak na szczudłach. Przeogromny. Rozgląda się za bezpiecznym zimowiskiem. Ryzykant. Jakby nie wiedział, że dom pełen myśliwych. Szczęśliwie Myszka i Czarusia śpią, jedna w fotelu, druga zwinięta w kłębek obok papuziej klatki na moim swetrze, a Nalewka nie unosząc głowy leży na kanapie i tylko łypie to na mnie, to na  wędrowca i czeka na moją reakcję, ale że jestem spokojna to i ona zerka tylko spode łba bez większego zainteresowania. Kibicuję olbrzymowi i sama się zastanawiam, gdzie by mu było najbezpieczniej, najcieplej i najwygodniej przetrwać nadchodzącą zimę. Zakamarków wiele... Łaził, w tę i na zad po pokoju, w końcu pojawił się z uczepionym kawałkiem płatka ze zwiędłej róży. Doskonale wiedział dokąd zmierza, szukał tylko kołderki, po chwili zniknął razem z płatkiem pod komodą w rogu pokoju. Dobrze wybrał. Najlepiej jak mógł. Ciepły, przytulny kąt w którym zawsze się zbiera pełno „kotów”, bo na komodzie stoi pudło telewizora i ściąga kurze pod siebie. Będzie miał pająk przytulny kącik na zimę. Mądre stworzenie, wie że przez kilka miesięcy  nikt nie będzie go niepokoić, nikt komody nie ruszy. Niech śpi. Do wiosny.

Pamiętam taki, grzejący serce, obrazek z dzieciństwa. Zima, mróz, niewyobrażalna lodownia w mieszkaniu. Ciepło było tylko w kilku miejscach i tylko kiedy paliło się w piecu. Najdłużej w sypialni Rodziców, w kuchni i w pokoju stołowym, w którym stał potężny kaflowy piec. Miał około trzech metrów wysokości. Najważniejszy w pokoju mebel, poza Tatusia fotelem, wielkim stołem, „psią” kanapą i ogromnym kredensem gdańskim, który zakrywał sobą sporą część brzydkiej ściany i sięgał swoimi zdobieniami niemal pod sufit. Nie lubiłam go. Kiedy kończyło się go glancować, można było znów zaczynać od początku, tyle miał wgłębień, zdobień i rozmaitych zakamarków, które kurz sobie wyraźnie upodobał. Bogato inkrustowane drzwiczki w górnej części kredensu z kryształowymi szkłami, stale trzeba było odkurzać.                                                                           

Kredens miał tajemne skrytki i kilka różnej wielkości tac. Nazywaliśmy je pomocnikami, bo były rzeczywiście niesłychanie pomocne kiedy stół nie mieścił półmisków, talerzy i ciast, wysuwane kredensowe stolnice były niezastąpione. Mama darzyła ten kredens specjalnym uczuciem, bo podobny stał w pokoju stołowym w jej rodzinnym domu. Ten potężny mebel był jak „dodatkowy pokój” rzeczywiście wiele mógł pomieścić. W jednej z centralnych wnęk kredensu swoje miejsce miała figurka Matki Boskiej. Niewielka, bardzo stara rzeźba, którą Mama dostała w prezencie ślubnym od którejś z cioć. Wyrządziłam Madonnie wielką krzywdę, bo czyszcząc ją równie często jak kredens chciałam ją specjalnie wyróżnić i kiedyś po prostu całą polakierowałam, żeby pięknie błyszczała. Zrobiłam to bardzo dokładnie cieniutkim pędzelkiem. Wypełniłam bezbarwnym lakierem bardzo precyzyjnie każdą jej szparkę. Mama była bliska łez kiedy moje dzieło zobaczyła, Tatuś się uśmiechnął i pocieszał ... ta nie martw się, przynajmniej jej żaden kornik nie zeżre, nic tam nie wlezie ocenił, obejrzawszy figurkę dokładnie. Napracowała się dziewczyna, nawet szparki bez lakieru … spojrzał na mnie znad okularów, rozbawiony z nieukrywanym uznaniem i z należną czcią odstawił Matkę Bożą na swoje miejsce w głębi kredensu. Do dziś błyszczy.

Kaflowy piec zajmował w pokoju cały róg i rzeczywiście był jego ozdobą. Najpierw paliło się „pod kuchnią”, potem, na łopatce niosło się dymiący żar do stołowego pokoju, (ależ ja lubiłam te spacery z żarem, ogień cudnie pachniał i bił takim gorącem, że całe ciało rozgrzewał, tylko księżyc potrafił tak rozgrzać moją twarz!), pakowało się żar do paleniska, dokładało węgle, ogień wesoło trzaskał i chwilę później rozkoszne ciepło promieniowało z całej powierzchni pieca na ogromny pokój. Któregoś popołudnia siedzieliśmy wszyscy w stołowym pokoju – pewnie po kolacji. Tatuś poszedł do łazienki (najzimniejsze miejsce w domu!), wracając niósł coś w zamkniętych dłoniach, ostrożnie, delikatnie, by nie uszkodzić zawartości i położył to coś z tyłu kaflowego pieca. Była tam taka oryginalna, wystająca z pieca kaflowa półka, która stanowiła naturalne, bezpieczne odgrodzenie pieca od ściany... Pająka przyniosłem z łazienki, bidak siedział w wannie i strasznie tam marzł. Siedziałam z psami na kanapie z podkulonymi nogami, chuchałam sobie w sterczące kolana, myśląc o niebieskich migdałkach ... Pamiętam jakie błogie  uczucie mnie ogarnęło. Kochany Tatuś. Rzeczywiście łazienka zimą, to był nasz biegun zimna! Sama myśl, że trzeba usiąść na lodowatym sedesie, wywoływała dreszcze, „siadałam” kilkanaście centymetrów nad deską, a i tak się bałam że w tej pozycji przymarznę! Nawet woda w kranie wydawała się cieplejsza od powietrza! To straszne miejsce nazywało się u nas świątynią dumania  … jakie tam dumanie? Myk i w nogi!
Łazienka miała za duże okno, za dużą wannę, była za duża, za wysoka, nie do ogrzania. Kocioł, pod którym wieczorem się paliło, by nagrzać wodę do kąpieli nie mógł ogrzać tego wielkiego marmurowo kamiennego pomieszczenia. Wieczorne mycie wyglądało tak, że wpadało się ślizgiem do wrzątku w ogromnej wannie, para wypełniała całe pomieszczenie, buchała  chmurą  w górę, a po zetknięciu z lodowatym sufitem natychmiast opadała w postaci lodowych igiełek. Wtedy o pilingu nikt nie mówił. W zamalowaną przez mróz szybę łazienkowego okna trzeba było nieźle dmuchać, by palcem wygrzać maleńką dziurkę – a swoją drogą te cuda, które mróz rzeźbił na szybach to były najpiękniejsze obrazy, jakie w życiu widziałam, były jak wytkane, albo jak  batik, warstwa na warstwie. Za to latem łazienka była przemiłym, bo bardzo chłodnym miejscem. Kręciliśmy w niej lody.

Proponuję
Nowości
Popularne