Tort wiosenny
Tort wiosenny
Kaszanka w chlebie
Kaszanka w chlebie.jpg
Mazurek
img1_l.jpg
Faworki karnawałowe
faworki
Domowy chleb
img2_l.jpg
Przepisy i opisy arrow Historie kuchenne arrow O kaczanie kukurydzy w smalcu, cmentarnych duchach i księżowskich żymłach
O kaczanie kukurydzy w smalcu, cmentarnych duchach i księżowskich żymłach | Drukuj |
czwartek, 09 kwietnia 2009

Mama wstawała codziennie o 4 rano, siadała na rower i jechała do majątku by wysprzątać, nakarmić i wydoić Pazię i Czareńkę, zawsze miały świeżą pachnącą ściółkę pod nogami. Po powrocie do domu rozlewała mleko do słoików, by odstała się śmietana (na masło) część gotowała, dla nas na śniadanie. Budziła nas, kreśliła krzyżyk na czole i gnała z powrotem do majątku, do pracy. Nigdy nie widziała, w co i jak się ubieramy i nie wiedziała czy dojdziemy do przedszkola (Hania chodziła do szkoły, ja z Januszem do przedszkola). Nie pamiętam, by Hania zajmowała się nami. Miała wprawdzie taki obowiązek, ale też była dzieckiem. Tylko trochę starszym.

Mama wstawała codziennie o 4 rano, siadała na rower i jechała do majątku by wysprzątać, nakarmić i wydoić Pazię i Czareńkę, zawsze miały świeżą pachnącą ściółkę pod nogami. Po powrocie do domu rozlewała mleko do słoików, by odstała się śmietana (na masło) część gotowała, dla nas na śniadanie. Budziła nas, kreśliła krzyżyk na czole i gnała z powrotem do majątku, do pracy. Nigdy nie widziała, w co i jak się ubieramy i nie wiedziała czy dojdziemy do przedszkola (Hania chodziła do szkoły, ja z Januszem do przedszkola). Nie pamiętam, by Hania zajmowała się nami. Miała wprawdzie taki obowiązek, ale też była dzieckiem. Tylko trochę starszym.
Byliśmy samodzielni. Na pewno nie mieliśmy klucza na szyi. Dom był zamykany na jakiś skobel, a dobytku doglądała Mojka. Ostatnio pytałam Mamę jak to było z kluczem, bo nie pamiętam jak zamykaliśmy mieszkanie, otóż był skobel, ale był i klucz, zwykle po zamknięciu klucz wsuwało się pod wycieraczkę, jednak najczęściej zostawał po prostu w zamku, ale, dodała, że na pewno mieszkanie zamykaliśmy, bo lubiliśmy przekręcać klucz, podobno był „wesoły”jak się kręcił – pewnie zgrzytał. Biedna Mama! Bezpieczeństwo mieszkania było Jej najmniejszym zmartwieniem. Z tego domu nic nie można było wynieść. Wręcz przeciwnie! Po powrocie do domu zdarzało się, że zastawaliśmy prezenty, miły widok na pustym stole, kiedyś pojawił się nie wiadomo skąd miód w głębokiej misce, innym razem wielki gliniany garnek wypełniony po czubek smalcem, ależ to było jedzenie! Chyba dla smalcu lubiłam ten garnek.

To był niezwykły dzień. Po strasznej, wielogodzinnej ulewie po obu stronach szosy płynęła wartko, z jazgotem, zupełnie ruda woda. Mówiono, że zabierała ziemię z pól i harcujące duchy z cmentarza. Płynęły tymi błotnymi strumykami młode ziemniaki, które woda z pól wypłukiwała. Mieszkaliśmy mniej więcej w środku wsi, w górę szło się w stronę szkoły, przez most nad Młynówką, potem był kościół a po lewej stronie cały czas od domu aż do majątku ciągnął się wielki żelazny płot, który oddzielał szosę od parku. Dochodziło się do skrzyżowania dróg i dalej już był cmentarz, a za cmentarzem zaczynały się pola to był koniec naszej wsi. Stamtąd płynęły do nas kartofle. Co to musiała być za ulewa? Oboje z Januszem chodziliśmy czasem w pola, za cmentarz, bo rosła tam kukurydza. Zrywaliśmy jej młode „laleczki” i zjadaliśmy całe kaczany razem ze słodkimi „anielskimi włosami”, w które kukurydza była ubrana. Chrupaliśmy jak młode źrebaczki! Właśnie tego dnia, kiedy na stole stał gliniany gar smalcu przynieśliśmy całe fartuszki ziemniaków i kukurydzy. Zanurzałam słodki kaczan w smalcu i gryzłam! Ależ to było jedzenie!

Lubiłam ten garnek wąchać i głaskać. Był odrutowany wokół, na górze i na dole, dość szeroki, popękany, miał duże ucho i  śmieszny mały dziobek, był ważnym naczyniem, bardzo mi się podobało, że choć myty wielokrotnie, zawsze pachniał dobrym jedzeniem. Pewnie zapach cebuli, czosnku i majeranku wgryzł się w pory glinianego naczynia. Okazało się po kilku dniach, że  smalcem obdarowywały nas siostry zakonne, z poniemieckiego klasztoru. To były Siostry Miłosierdzia, które opiekowały się chorymi w szpitalu. Pewnego dnia okazało, że muszą opuścić klasztor. Nie rozumiałam dlaczego wyjeżdżały i dokąd. Przyszły się pożegnać i wszyscy byliśmy bardzo smutni. Mamusia mówiła o  nieludzkich czasach… Ja się szybko pocieszyłam, bo Siostry zostawiły nam w prezencie gliniany garnek.
 
Czasem ubierałam Janusza w moje sukienki, nie oponował i tak wędrowaliśmy do przedszkola. Biegliśmy w podskokach a Janusz wyśpiewywał …”jeśtem klafciowa, jeśtem klafciowa”. Janusz chciał być dziewczynką jak ja, ale ja nie chciałam być krawcową … Mama umierała ze strachu o nas, bo droga do przedszkola prowadziła wzdłuż ruchliwej szosy i przez most a woda w rzece bardzo wartka, „woziła” ciągle jakieś padliny i bardzo nas intrygowała. Wsadzaliśmy buźki między metalowe pręty mostu i płynęliśmy razem z padliną póki nie zniknęła nam z oczu. Drugi koniec wsi w prawo, w dół od naszego domu nie interesował nas. Dla dzieci widać nic tam nie było interesującego. Na przeciwko był piekarz, dalej sklep, w którym bywaliśmy rzadko, a po naszej stronie wielki park, ciągnął się het aż do kanału. Wieś przecinał Kanał Gliwicki. Za wielkim mostem był szpital, tam mieszkały i pracowały Siostry, które nas obdarowały miodem i smalcem.

Czy park jest tak duży jak go pamiętam? czy ruiny zamku, po którym buszowaliśmy ku rozpaczy Mamy są potężne jak wtedy? Czy woda w Młynówce tak samo pędzi? Pamiętam drzewo, pod którym pochowaliśmy Mojkę.
W jakąś niedzielę pod kościołem Mama tuląc nas do siebie tłumaczyła się z naszych wybryków księdzu, mówiła, że „wychowuje nas ulica” nie rozumiałam tej „ulicy”, wiec uzupełniłam rezolutnie, ... i ” Pazia i Czareńka”.  Ksiądz bardzo rozbawiony błysnął złotym zębem, serdecznie nas przytulił i odtąd nie musieliśmy się „włamywać” przez dziury, do ogrodu, mogliśmy bezkarnie łazić po jego orzechach i czereśniach w „Zygrodzie”. Czasem ściągał nas z drzew i zapraszał do siebie na ciepłe mleko i żymły z masłem i miodem. Żymła to po Śląsku bułka, ale ta świeżutka bułka z masłem i z miodem, to był przysmak! Mógł się śnić! Kto wie, czy to nie z dzieciństwa, z tamtych odległych lat nie zostało mi ulubione wypiekanie bułeczek w kubkach i kubeczkach, bo pamiętam, że owe żymły jakoś tak wyglądały, jakby były pieczone w różnych naczynkach. Chciałabym by wszystkie dzieci poznały smak i kształt tych niezwykłych bułeczek, który z taką błogością wspominam. No właśnie! Nigdy nie wiemy skąd jakieś pomysły czerpiemy. Coś, kiedyś nam zasmakowało…

Te żymły z księżowskiej Plebanii stały się dla mnie tak ważne, że na wielkanocnym stole zawsze stoją polukrowane babeczki upieczone w śmiesznych poobtłukiwanych kubeczkach. Stały się tradycją.

Proponuję
Nowości
Popularne