Tort wiosenny
Tort wiosenny
Kaszanka w chlebie
Kaszanka w chlebie.jpg
Mazurek
img1_l.jpg
Faworki karnawałowe
faworki
Domowy chleb
img2_l.jpg
Przepisy i opisy arrow Historie kuchenne arrow O grypie, która radykalnie zmieniła moje życie i rumie ubranym we fiołki
O grypie, która radykalnie zmieniła moje życie i rumie ubranym we fiołki | Drukuj |
środa, 29 lipca 2009
Późną jesienią 1970 roku dopadła mnie męcząca infekcja. Nie mogłam się jej pozbyć. Ani malinowa herbata, ani grzane piwo, ani nalewki, ani „Rzymskie kąpiele” w łaźni, ani jazda konna…  Pewien przedwojenny masztalerz  mawiał; katar masz, w kościach łamie, głowa boli? „Hajda na oklep, łydkami obłap i w drogę, wiatr cię wysmaga a koń rozgrzeje…” Nic lepszego nad konną przejażdżkę.

Po kilku tygodniach zmagań okazało się, że przechodziłam grypę, która zebrała spore żniwo, nazywała się bardzo egzotycznie „Hongkong” niestety padłam ofiarą pogrypowych powikłań, bo oczywiście nie miałam czasu na chorowanie w łóżku. Przechodziłam temperaturę, łamanie w kościach, bóle głowy, gardła, chrypę i to wszystko co wiedźma ze sobą niosła. Po kilku tygodniach pojawiły się bardzo nieprzyjemne bóle w krzyżu, zupełnie nowe i bardzo przykre, pojawiła się podwyższona temperatura, bolesne parcie na pęcherz.
Było gorzej z każdym dniem.

W takich warunkach nie mogło być mowy o pracy, a więc wreszcie przychodnia, lekarz, antybiotyk i łóżko. Terapia nie przyniosła pożądanego skutku. W końcu przestałam siusiać. Do dziś mam figurkę kochanego przeze mnie świętego Jana Bosko, którego popiersie ulepiłam w czasie choroby, jest krzywy, ręką podpiera głowę pochyloną na piersi, minę ma strapioną i przygląda mi się z politowaniem od… 36 lat.

Rzeźbiąc opuchniętymi palcami nie wiele z bliska widziałam. Mocz zatruwając organizm „zalewał” oczy. Długo by pisać. Wspominam tę paskudną historię, ku przestrodze. Z grypą się leży pod kołdrą, nawet jeśli jest upiornie nudna.
Leżeć!

Połykać witaminy, dużo pić i uzbroić się w cierpliwość. Trzeba tę wiedźmę udusić pod kołdrą. Nie ma innego wyjścia. Chorowałam z powodu głupoty i młodzieńczej lekkomyślności kilka miesięcy. Młodo mogłam zejść na starczą chorobę uremię. Antybiotyk nie działał. Wyniki analizy bez zmian, ciągle te same, a właściwie coraz gorsze opisy;  mnóstwo białka, "leukocyty - całe pole widzenia” ...

Był 17 dzień stycznia wpadł niespodziewanie Sławek, bez wyraźnej potrzeby. Wiesz mam tu nie daleko, kilka domów stąd,  kumpla. Idę do niego na brydża, ma dziś urodziny. Bolszewik jakiś, przemknęło mi przez myśl – 17 stycznia? Tatuś by tego nie pochwalał.

Ale ty jesteś blada… Chodź ze mną, rozerwiesz się, posiedzisz z nami. Byłam pewna, że między ludźmi wyzdrowieję. Ciągle mi się tak wydawało, dlatego chodziłam do pracy, jeździłam konno, dwa razy w tygodniu tłukłam się aż za Powązki, do kochanego  Jaśmina - dosiadałam go i na moment zdrowiałam, ale potem bardzo trudny i bolesny był powrót na Mokotów, łaziłam do łaźni licząc na jej ozdrowieńczą moc. Wygrzewałam się w „Rzymskiej”, w prawie 100 stopniach – chwila ulgi, ale za moment ból wracał, więc zmieniałam lokum na parową. ... byle w tłum. Jakbym się bała być sama?

…Wzięłam więc napoczętą butelkę rumu, kawałkiem brązowej włóczki przytwierdziłam do szyjki butelki kilka fiołków alpejskich, które zwykle kwitły na moim oknie i jak stałam, w pasiastej, grubej, wełnianej spódnicy w czarnym, powyciąganym golfie, drewnianych brązowych koralach, z którymi się właściwie nie rozstawałam. Na piersi krzyżyk, na golfie korale. Drewniane, grube i długie ... pasowały do wszystkich moich dwóch kreacji. Na wierzch zarzuciłam mój śliczny, długi czekoladowy nie za ciepły płaszczyk, szczęśliwa i wdzięczna Sławkowi za pomysł ruszyłam z przyjacielem do ludzi.
 
Kilka ślicznie ubranych, ściśniętych dziewczyn siedziało na kanapie, płyta na adapterze śpiewała jakiś romans, męskie pomruki dochodziły z kłębami dymu z drugiego pokoju. Rodziców nie było. Szkoda. Brakowało mi Mamy i Taty. Jeden Bóg wiedział jak mi ich brakowało, ale nawet nie wiele wiedzieli o mojej chorobie. Sami schorowani, z tysiącem problemów, nie było sensu ich  niepokoić. Piotr wyszedł do nas, by się przywitać, wydawał mi się znajomy, pewnie mijaliśmy się czasem na ulicy. Zmierzwiona, czarna czupryna gęstych włosów. Były długie, za długie, łączyły się z nieprawdopodobnie wielką, rozczochraną brodą. Miał na sobie brązowe spodnie, czarno – bury golf i nieco jaśniejszą brązową marynarkę. Wyglądaliśmy dość podobnie. Ja też średnio uczesana, też czarna, włosy jeszcze dłuższe. I strój mój też był brązowawo - brązowo – brązowy. W różnych tonacjach. I czarny golf.

Śmiesznie. Oboje jakby z jednej szafy. Wręczyłam jubilatowi napoczęty rum otulony fiołkami i zapytałam czy może ze mną  zostać, bardzo chciałam tańczyć. Sławek wsiąkł w karcianym pokoju, a myśmy tańczyli. Dziewczyny całkiem bezgłośne, były jak dekoracja kanapy, a myśmy tańczyli. Piotr miał piękne dłonie.... Dziewczynki mają jego śliczne ręce i długie wysmukłe palce...! I patrzył na mnie... tak patrzył, że ...  a może to temperatura rosła? Ciepło ogarniało mnie od czubka głowy po pięty. Pamiętam to miłe uczucie. Kinga tak patrzy. Zaglądam czasem w jej oczy, kiedy tęsknię.

Tego wieczora Piotr nie grał w brydża, od momentu, kiedy przyszłam ani roberka. Tańczyliśmy. Potem siedzieliśmy pod kaloryferem w jego pustym pokoju i rozmawialiśmy o wszystkim jak starzy znajomi – ot, spotkanie po latach! Myśleliśmy podobnie, czytaliśmy te same książki. Braterstwo dusz było oczywiste. Poła mojej szerokiej wełnianej spódnicy posłużyła nam za stół. Kilka kromek chleba, jeden talerzyk … Piliśmy rum, jedliśmy rybę po grecku (w życiu czegoś równie dobrego nie jadłam!) i słoik.... gruszek w occie. Boże! Jakie to wszystko razem było pyszne! Tego mi nie wolno było. Absolutnie!

 Dwa dni później wylądowałam w szpitalu. Karetka hałasowała wioząc mnie do szpitala. Nareszcie! Wprawdzie już nie wiele widziałam, miałam nabrzmiałe spuchnięte palce i całe dłonie, ale już mnie nic nie bolało i wreszcie poczułam że się mną ktoś sensownie opiekuje. (Pani doktor z przychodni, lecząc mnie popełniła wiele błędów, pojechała leczyć ludzi do Tunezji – tyle się dowiedziałam). Kilku  bardzo  przejętych lekarzy nerwowo biegało koło mnie przez kilka dni. Znosiłam ten harmider, byłam zupełnie bezwolna, było mi wszystko jedno. Jedyne, co czułam, to ciężkie nogi, ciężkie ręce, ciężką głowę i straszne zmęczenie, nie myłam się, nie wychodziłam na siusiu. Coś za mnie siusiało. Wiele tygodni nie wstawałam z łóżka. Zasadniczo było mi dobrze. Zdaje się, że głównie spałam. Odlatywałam.

Czasem w nocy, zaglądał do mnie księżyc, czasem odwiedzał mnie Pan Bóg, kiedy miał nocny obchód - pachniał wiatrem.
Poddałam się wszystkim zabiegom z pełnym zaufaniem. W szpitalu leżałam wiele tygodni. W jakimś momencie zaczęli mnie odwiedzać koledzy. Nie wiem gdzie były moje koleżanki? Przecież miałam ich sporo, ale poza szefową, żadna do mnie nie zajrzała. Może się bały ...powikłań. Sławek zakochał się w jednej z pielęgniarek i pisał do niej miłosne listy na kartkach pocztowych, najpierw dawał mi je do przeczytania, czy nie są śmieszne. Nie były śmieszne. Amor porządnie Sławka trzepnął.

Po długim pobycie w szpitalu skierowano mnie niemal automatycznie do sanatorium, nerki podjęły prace, ale wpadłam w poważną anemię. Początkowo miałam być w sanatorium dla leżących. Tego już bym nie zniosła. Zaczynałam odzyskiwać charakter.
Piotr odwiózł mnie na stację i posadził w przedziale dla niepalących. Czułam się zaopiekowana. Wylądowałam w Krynicy. Nigdy nie zapomnę  momentu, kiedy wysiadałam z pociągu. Miałam wrażenie, że powietrze samo wpada mi w płuca, bez wysiłku.

To było całkiem niezwykłe i nieznane mi dotąd uczucie! W Krynicy z dnia na dzień wracałam do zdrowia. Jadłam (takie było zalecenie) sześć razy dziennie. Między posiłkami drożdżowe bułeczki z miodem i szklankę mleka a do obiadu dostawałam dodatkową michę warzyw. Piłam wodę „Jana” i jeszcze jakąś drugą, chyba „kryniczankę”, poznawałam  wielu miłych, mądrych i uroczych ludzi, kąpałam się mimo zakazów w górskim potoku, rękami wyjmowałam pstrągi spod kamieni i wpuszczałam je z powrotem do wody, biegałam na bosaka, bo w sandałkach było zbyt wolno! Szalałam! Ktoś za mną wołał „bosonoga contessa” Przytyłam - po  wyjściu ze szpitala ważyłam niespełna 42 kilogramy. Nareszcie byłam opalona, wesoła i znów nikt za mną nie nadążał. W sanatorium spędziłam sześć tygodni, raz w tygodniu badano morfologię i mocz, efekty były tak zadowalające, że postanowiono  je utrwalić, przedłużając  pobyt i sanatoryjne leczenie. To była służba zdrowia!

Moja szufladka w nocnej szafce była pełna leków, z trudem się domykała, wszystkie na odjezdnym oddałam przedobrej pani doktor, która się mną bardzo troskliwie  przez cały czas opiekowała. Wyglądała na zdruzgotaną, kiedy zobaczyła, że wszystko, co zaordynowała zostało nietknięte. Nie otwierałam nawet pudełek. Przepraszałam, tłumaczyłam... już nie mogłam patrzeć na lekarstwa, na tabletki, które w Warszawie garściami ładowałam w siebie od rana do wieczora. Miałam jakiś psychiczny uraz do wszystkiego, co miało postać tabletek – sam ich widok powodował odruch wymiotny. Może to było psychiczne, a może najzwyczajniej samoobrona organizmu przed chemią.

Piłam za to wiadrami źródlane wody, zjadałam co mi dano, chłonęłam powietrze rano, w dzień, wieczorem i w nocy. Okno niezależnie od pogody było na oścież otwarte, każdą wolną chwilę biegałam. Młody organizm szybko się zregenerował....
Wytłumaczyłam się i na odjezdnym cmoknęłam panią doktor w policzek. Proszę się nie gniewać. 
Ucałowała mnie z dubeltówki! Vivat Balneologia! Obiecałam, że będę ją odwiedzać w Krynicy co roku… Pani Basiu, bardzo proszę pamiętać o swoim zdrowiu, o nerkach. Trzeba je oszczędzać. Przynajmniej przez pięć lat nie ma mowy o ciąży! Ależ Pani doktor, ja przecież nie mam męża ... 

Do Warszawy przyjechał prezydent Francji Charles de Gaulle, cała Warszawa szalała z radości i chciała go witać. Każdy gość zza żelaznej kurtyny był w naszym kraju cudem! Ale Piotr witał mnie, na dworcu głównym. Szybko wróciłam do życia. Do pracy, do przyjaciół i do kiełkującej miłości. Wróciłam wreszcie do mojego ślicznego pokoiku i do Piórka, która podczas mojej długiej nieobecności strasznie sponiewierała moje fiołki i meble. Ciocia Fryda kiepsko dbała o mój dobytek i o Piórko.

Miałam złożony ze skrzynek po warzywach regał (o ile pamiętam był to pomysł zapożyczony od pana Słodowego, który w telewizji miał program „zrób to sam”. Właściciel pobliskiego warzywniaka ofiarował mi kilka najładniejszych, jakie miał. Wyszorowałam je, wygładziłam glanc papierem i ślicznie, pod dyktando pana Słodowego pomalowałam. Skrzynki stanowiły doskonałe miejsce na książki i przeróżne bibeloty, których miałam całe mnóstwo, każda deseczka była świetnym miejscem do przesiadywania dla Piórka. Wspinała się po szczeblach skrzynek przytrzymując się dziobkiem i rozpościerając skrzydełka. Była wszędobylska i śmieciła wszędzie, natomiast tym razem smutna i pewnie stęskniona, pod moją nieobecność usypała wielki kopiec nawozu w miejscu trudnym do usunięcia, musiałam niemal zdemolować pudełkowy regał by się tam dostać. Ale co tam. Byłyśmy obie tak szczęśliwe ze spotkania, że przez kilka nocy długo kokosiła się na poduszce, szukając miejsca, by wreszcie zasnąć. Wreszcie usypiała zaplątana we włosy przy moim uchu.

Pobraliśmy się w Boże Narodzenie 1972 roku. Rok później urodziła się Kinga. Nerki sprawiły się na medal.
Karmiłam piersią moje Maleństwo ponad półtora roku.

Proponuję
Nowości
Popularne