Tort wiosenny
Tort wiosenny
Kaszanka w chlebie
Kaszanka w chlebie.jpg
Mazurek
img1_l.jpg
Faworki karnawałowe
faworki
Domowy chleb
img2_l.jpg
Przepisy i opisy arrow Historie kuchenne arrow O austriackich gaciach z belgijską koronką pod kremplinową ślubną suknią i Kraju Rad w kolorze
O austriackich gaciach z belgijską koronką pod kremplinową ślubną suknią i Kraju Rad w kolorze | Drukuj |
niedziela, 29 marca 2009
Znalazłam w swoich kuchennych szpargałach pożółkły wycinek prasowy z grudnia 1972 roku, na jednej stronie jest przepis na „Piernik na  święta” – w przepisie zabawna propozycja, pewnie dlatego karteczkę zachowałam. „ ... zrumienić litr sztucznego miodu. (dla oszczędności – pół na pół wody z miodem sztucznym)...” dorysowałam duży, podkręcony znak zapytania przy tym przepisie. Niech mi kto powie jak zrumienić wodę z miodem sztucznym – pół na pół.

Akurat z miodem prawdziwym nie było problemów, bo pszczoły się nie poddały komunistycznej gospodarce i pracowały jak w kapitalizmie, nieprzerwanie, od wiosny do jesieni a pszczelarze z należnym owadom szacunkiem podbierali im miód równie pracowicie. Nawet w sławnej warszawskiej „Pszczółce” miód był zawsze. Prawie zawsze. Był lipiec, może sierpień. Skwar lał się z nieba, pić się chciało … Przechodziliśmy z Piotrem właśnie koło „Pszczółki”, przez otwarte drzwi zobaczyłam stolik, krzesełka… Piotrusiu, pić… wystękałam. Spodziewaliśmy się jakiejś lemoniady, oranżady, wody jeszcze wtedy w sprzedaży nie było. A w każdym razie herbaty lub kawy. Pani ekspedientka bardzo zdziwiona, z pretensją w głosie … przecież tu jest miód! Mogę podać tylko grzany! Spojrzeliśmy na siebie i na panią, czy nie żartuje. Nie żartowała, była bardzo chętna, by zagrzać nam miód, grzany był pewnie droższy od niegrzanego. Wypiliśmy! Półtoraka na gorąco.

Na drugiej stronie pożółkłej karteczki był program telewizyjny; jedynka, albo dwójka. Do wyboru. Program II telewizji o godz. 17.30 proponuje „Obrazy, obrazki”: z dziejów cywilizacji europejskiej (kolor) – bo to były czasy, kiedy tylko niektóre z programów były w kolorze. Potem o 20.20 program z cyklu; „Przez Kraj Rad...” też w kolorze. ...  Kraj Rad mógł być tylko w kolorze!

Pożółkła karteczka prasowego wycinka nosi datę - piątek 8 XII. 1972r. To był rok i miesiąc naszego ślubu. Moja bajeczna ślubna kreacja – niespodzianka dla Piotra i całej rodziny właśnie tworzyła się już u pani krawcowej w maleńkim saloniku sukien ślubnych przy Koszykowej. Trzeba było tylko zwęzić i skrócić.
Niestety wylądowałam pod ołtarzem w okropnej, gołębiej, kremplinowej sukni w tłoczone kwiatki. Piotr w ramach niespodzianki kupił mi bardzo modny i bardzo w owym czasie  drogi materiał, w Pewexie za jakieś kolosalne pieniądze. Miał doradców – przyjaciela i jego świeżo poślubioną, cywilną małżonkę. Piotr był tak szczęśliwy i dumny z zakupu, że nie mogłam nic innego zrobić jak tylko się zachwycić. Tłoczone gołębie kwiatki były pierwszym niemym świadkiem mojej wielkoduszności wobec przyszłego małżonka.

Moja upatrzona, śliczna, bardzo piękna suknia, w dół rozchodziła się  kilkoma kloszami na kształt tulipana, jedyną jej ozdobą był krój, śnieżna biel i króciutka, równie biała przeźroczysta pelerynka przymocowana do karczka kilkoma perełkami. Absolutne piękno, byłam nią zachwycona! Maleńki sklepik z uroczą, starszą panią, która dopasowywała mi sukienkę jak najlepsza wróżka – odpłynęły... Kiedy tuż przed ślubem poszłam do niej i pokazałam jej gotową, odebraną właśnie od krawcowej suknię, w którą mnie mój mąż ubrał ręce załamała. Usłyszałam, że dobra ze mnie dziewczyna. Też pociecha!
 
Przed ołtarz u świętego Andrzeja Boboli szłam w okropnej, gołębiej, tłoczonej  w kwiatki piance z długim, czerwonym goździkiem, którym obdarowała mnie jakaś pani pod kościołem „…jak to tak, panna młoda, a bez bukietu? Taka pani bladziutka…” bo mój brat zamiast gnać do kościoła z odebranym z kwiaciarni  bukietem bajecznie kolorowych frezji, które miały zdobić tę wytłoczoną gołębicę, szukał po Warszawie pięćdziesięciu białych goździków, które Tatuś dla mnie zamówił – w ramach prezentu. Byłam najnieszczęśliwszą, najwścieklejszą panną młodą pod słońcem. Mój biedny Piotruś tylko się rozglądał to w jedną to drugą stronę wypatrując Janusza z kwiatami i skubał nerwowo brodę, ale starał się zachować spokój. Piotr tylko w drobiazgach okazywał słabość. Kiedy trzeba był jak twierdza! Goździk miał sporo listków, więc podziękowałam ofiarodawczyni, ujęłam czerwoną główkę goździka w palce, a cała, długa, jędrna, zielona łodyga „kroiła” moją suknię na pół. Poczułam się od razu lepiej, dałam się Piotrowi wziąć pod rękę i popłynęliśmy, pod ołtarz przy którym czekał na nas nasz kochany Wuj Tadeusz. Jego uśmiechnięta, dobra, serdeczna  twarz  wszystko wynagrodziła, nawet okropne, łaskoczące uda koronki z długich ciepłych gaci.  Bez słowa sprzeciwu założyłam fioletowy prezent od cioci Frydy „austriackie gacie z belgijską koronką”, Nigdzie takich nie dostaniesz! (Ciocia miała ogromny talent marketingowy). Ślubny futerał był tak luźny, że jeszcze kilka  par takich barchanowych gaci mogłabym zmieścić. Co mi tam.  W końcu jest zima…

Już w czasie trwania nabożeństwa dofrunął do mnie z boku cudny zapach frezji. Kosia, ku radości ogółu, przyniosła mi pod ołtarz mój właściwy, ślubny bukiecik. Janusz szczęśliwie, wreszcie zdobył białe goździki i mógł uczestniczyć w naszym ślubie.

Sakrament małżeństwa to niezwykłe przeżycie. Ani suknia, ani kwiaty, ani łaskoczące  koronki „….biorę sobie Ciebie za męża, biorę sobie Ciebie za żonę, ślubuję, że Cię nie opuszczę…”. To ślub na życie. Na całe życie.
Bukiecik frezji wpadł do gorącego barszczu a suknia - pokochałam ją, bo była świadkiem naszego ślubu. Tak ją schowałam, by nigdy nie znaleźć.

 

 

 

Proponuję
Nowości
Popularne