Tort wiosenny
Tort wiosenny
Kaszanka w chlebie
Kaszanka w chlebie.jpg
Mazurek
img1_l.jpg
Faworki karnawałowe
faworki
Domowy chleb
img2_l.jpg
Przepisy i opisy arrow Historie kuchenne arrow Miłe ursynowskie wspomnienia. Woda w kranach, gorące kaloryfery i rożen w piecyku
Miłe ursynowskie wspomnienia. Woda w kranach, gorące kaloryfery i rożen w piecyku | Drukuj |
poniedziałek, 30 marca 2009
Dzień po Zaduszkach. Pojechałam na cmentarz raz jeszcze, by spokojnie, bez tłoku, pobyć i sprzątnąć wypalone znicze. Podchodząc do grobu zobaczyłam dobrze znajomą charakterystyczną sylwetkę. Wysoki, szczupły, lekko pochylony, nie wiele się zmienił. Bez trudu rozpoznałam postać, nie chciałam jednak przeszkadzać, więc chwilę stałam z tyłu...

Był jednym z kolegów Piotra z pracy, który u nas bywał, dość często, ale kiedy go ostatnio widziałam? Kiedy to było? Wzruszające spotkanie! Starszy o dziesięć lat od Piotra. Przeszedł zawał, chorobę nowotworową. Wspominał, opowiadał, stałam zasłuchana, przypominał o czym już zapomniałam, co dawno umknęło, pomógł od nowa spojrzeć na przeszłość. Te zapiekanki ...? Rozmarzył się. Ale kiedyś pani Basiu myślałem, że nas pani pogoni. Ja? Mało prawdopodobne. Oj tak, tak. Pamiętam. Przyszliśmy nie w porę. Kiedy? Spytałam z niedowierzaniem. Jakoś… Chyba… Pierwszy brydż w nowym mieszkaniu państwa na Ursynowie. Zimą. 

Przypominam sobie, było coś takiego, że wysłałam Panów po kartofle do budki pana Wojtka. Pamiętam. Nie był to jednak pierwszy brydż. Pierwszy był kilka tygodni wcześniej w połowie stycznia, z okazji urodzin Piotra… Na dwa stoliki. Istne szaleństwo. Wkrótce, po naszej przeprowadzce.Testowałam wtedy nową kuchenkę gazową. Miała zainstalowany elektryczny, samo obracający się rożen, ależ to było nowoczesne urządzenie! Co się dało, nadziewałam na rożen i opiekałam; marchewki, selery, parówki, ryby, chleb – bawiłam się jak dzieciak! Kiedyś w wydrążoną bułkę „paryską”wcisnęłam serdelki, cebulkę, kawałki boczku i nadziałam całość na szpikulec.  Bułka chrupiąco się przyrumieniła. Była znakomita.

Wymyśliłam sobie, że „urodzinowo” podam Panom na kolację pieczone na rożnie ziemniaki; jeden, długi, gruby szaszłyk z ziemniaków, boczku i cebuli… Lubiłam na Was testować nowe pomysły kulinarne. Uśmiechnął się serdecznie. Pamiętam pierwszego brydża. To był wariacki pomysł. W dużym pokoju, między worami, pudłami, najróżniejszymi klamotami stała choinka. Wtedy nie mogłam Was „pogonić,” byłam pomysłodawczynią i  współorganizatorką  urodzinowego  brydża.


Jedyny pokój, który był jako tako urządzony to był pokój dziewczynek. Leżały z ospą. Kinga kończyła, a Anusia była trakcie wykwitu wysypki, ale tak bardzo mieliśmy już dość tej lodowni na piętnastym piętrze, że w porozumieniu z lekarzem zdecydowaliśmy się na przewiezienie dzieci, mimo choroby do nowego, nareszcie ciepłego  mieszkania. 3 grudnia  przyjechał kochany Wuj Zdzisław swoim Fiatem 125 i przewiózł opatulone, chore dziewczynki z ogromną ilością najróżniejszych pakunków do nowego mieszkania. Potem kilkanaście kursów maluchem zrobił Jacek i praktycznie w dniu moich imienin byliśmy przeprowadzeni. Bardzo chcieliśmy Boże Narodzenie witać wreszcie nie kłapiąc z zimna zębami. Przytaskaliśmy wtedy do nowego domu dwie choinki. Jedna stanęła w  dużym, a druga w dziecinnym pokoju. Kinga bawiła Anię, opowiadała jej bajki. Babcia Fanny nie odstępowała dziewczynek, towarzysząc im od rana do wieczora. Kochana, nieodżałowanej pamięci Babunia. A pamięta pan, że wtedy pan Andrzej wylądował w wannie, a potem w samej koszuli wyszedł na mróz. Poleciałam za nim ze swetrem i kurtką. Burknął chowając rudą czuprynę w ramionach, że w domu się przebierze... w mundur. Dopiero Piotr zdruzgotanego desperata zatrzymał. Biedak miał kolejne wezwanie do wojska. Nazwisko jego zaczynało się na literę „A”, więc regularnie wzywano go na wszelkie ćwiczenia. Bezbronny i bezsilny mawiał tylko, że z wojem się nie wojuje – do woja się chadza… i upijał się na smutno. O robieniu kariery zawodowej chyba nie wiele myślał. Pracował i czekał na kolejne wezwania,  grywając w brydża.

Krzywo na Was patrzyłam innym razem. Wkrótce potem…
Tyle cudownych, znienacka odświeżonych wspomnień rozpychało się w myślach!
Dziewczynki po przebytej ospie wymagały większej uwagi, było to na kilka dni przed dostawą do Cepelii, miałam przed sobą jeszcze sporo pracy, a nasz dobytek w większości wciąż w pudłach, choć od kilku tygodni cieszyliśmy się nowym mieszkaniem, jedyne co było rozpakowane, to kilka worków z książkami i zabawkami dzieci, trochę najpotrzebniejszych ubrań i kuchennych akcesoriów. Większość niezbędnych … diabeł nakrył ogonem i  pewnie chichotał kiedy bezskutecznie przeszukiwałam pudła. Niektóre były rozbebeszone do połowy, ich  zawartość nie zgadzała się z opisami, inne pozaklejane cierpliwie czekały na swoją kolej. Jeden wielki rozgardiasz! Niecodzienną frajdę miały dzieci i Pan Migdał. Zabawa w chowanego w tym bałaganie była nie z tej ziemi! Kaszlące, prychające, śmigały z pudła na pudło. Z  rzeczy,  które jeszcze nie miały swojego miejsca  zbudowały barykadę oddzielającą cały świat od ich pokoju. Donosiłam im tylko napitki, lekarstwa i racuszki.

Nic nie było w stanie zmącić naszej radości. Byłam niewiarygodnie szczęśliwa, wreszcie noski i rączki dziewczynek były ciepłe. Chuchaliśmy w powietrze i nic, nawet śladu „Mlecznej Drogi”. Kaloryfery grzały bez zastrzeżeń, woda w kranach miała takie ciśnienie, że wystarczyło na ćwierć gwizdka odkręcić kurki. Nie całkiem dowierzałam szczęściu, więc z przyzwyczajenia napełniliśmy 100-litrowy baniak wodą, na wszelki wypadek i ustawiliśmy go w łazience. Wkrótce wodny zapas wytaskaliśmy do piwnicy, na czarną godzinę. Nie było to jednak potrzebne. Nigdy później. Podczas pierwszej kradzieży w piwnicy  jakiś  złodziej uwolnił nas od ciężkiego baniaka, czegoś  ciekawszego się spodziewał po jego zawartości, pewnie nie zdołał odkręcić kurka. Zassał się.

Przeprowadzka z piętnastego piętra na pierwsze była największym szczęściem, jakie mogło nas spotkać i nie było dnia, byśmy Panu Bogu za  tę zmianę  nie dziękowali. W głowie miałam twórczy chaos, kłębiło się tyle radosnych myśli, tyle pomysłów, że szkoda było czasu nawet na sen.  Nowe okna. O dwa więcej! Na dwie strony świata!  Uszyję nowe firanki. Będą piękne. Muślinowe. Tu  zawieszę takie, a  tu takie, nie żeby się odgrodzić, wręcz przeciwnie, żeby stworzyć ładne ramy dla nowych obrazów za oknem.

 Na piętnastym piętrze mieliśmy niebo w każdym oknie. Trochę zaprzyjaźnionych ptaków i chmury. A tu tyle już drzew, dosadziliśmy kilka modrzewii będziemy obserwować jak rosną. Na przeciwko balkony sąsiadów, które na pewno będą pięknie ukwiecone. Trzeba zamówić u stolarza wielką bibliotekę, na całą ścianę i drugą oszkloną na nasze „Białe Kruki”, obie ustawimy w najmniejszym, trzecim pokoju. To będzie pokój brydżowy… „szyciowy” i „czytaciowy” uzupełniła Ania. Moja maszyna do szycia będzie miała wreszcie swoje stałe miejsce, będzie zawsze pod ręką. W tym pokoju będę prasowała, robiła abażury, będę tkała i naturalnie będzie tu pokój gościnny, na wypadek, gdyby trzeba było kogoś przenocować, a więc na przeciwległej ścianie musi stanąć wygodna, rozkładana kanapa. Maleńki dziewięciometrowy pokoik, a tyle zadań pozwolił sobie wyznaczyć. Piotr zachwycony kiwał tylko głową i skubał brodę.
Do zagospodarowania był balkon, znacznie większy od poprzedniego, prawie na miarę marzeń.

Tlił się już w mojej głowie plan zagospodarowania naszego „ogrodu”, będzie w nim wszystko. Prawie wszystko. W tym nie do ogarnięcia bałaganie, na dwóch kuchennych taboretach ustawiłam maszyną do szycia i wszywałam do nowego obrusa cztery kieszenie. Wymyśliłam sposób na przechowywanie serwetek, każde z nas będzie miało własną kieszeń na chusteczki i serwetki. Zachwycona pomysłem haftowałam maszynowo nasze imiona na każdej z kieszeni, żeby się nie myliło, która strona czyja. Najbardziej zachwycona pomysłem była Ania, bo krasnoludek, który zwykle asystował jej przy jedzeniu będzie wreszcie wygodnie siedział przy stole i nie będzie ciągle spadał z jej kolan. Podłoga w brydżowym pokoju, wokół maszyny usłana była najróżniejszymi materiałami, skrawkami, które same malowniczo układały się w artystyczny patch work, zajęta kieszonkami, kątem oka obserwowałam kolorowe łaty i ostrożnie zmieniałam układ plam – tak samoistnie powstawała makatka nad łóżeczko Ani.  Obszyte wcześniej kuchenne zazdrostki, leżące obok czekały już tylko na wyprasowanie, żelazko grzało się na parapecie. Obiad dochodził w szybkowarze.
Ania miała takie zabawne powiedzonko, pracujemy jak mrówki po dziurki w nosie. Kinga poprawiała młodszą siostrę – jak woły nie jak mrówki, bo woły ciężko pracują… ale mrówki szybciej, dodała Ania.

Cokolwiek to znaczyło wszystkie trzy byłyśmy naprawdę twórczo zapracowane.

Wtedy rzeczywiście mogłam być średnio zachwycona widząc niespodziewanych gości, na niezapowiedzianego brydża! Niestety nie mieliśmy telefonu, więc Piotr nie mógł mnie uprzedzić o swoich brydżowych planach. Rano nie przewidywał tak miłego popołudnia, nic go nie zapowiadało. Tymczasem… Wiesz Baniuszku tak się szczęśliwie złożyło. Zwołali konferencję, wcześniej się skończyła i trzeba zrobić coś miłego z darowanym czasem.
Pewnie nie była zachwycona, ale przecież wysłałam Was po kartofle, żeby jakąś zapiekankę... Przetarł okulary i smutno spojrzał najpierw w górę na Krzyż później na mnie.


Może dojrzeję kiedyś do pomysłu, żeby dawnych kolegów Piotra zaprosić na brydża, zrobić kolację i cieszyć się starymi znajomymi. Dawno chciałam, ale było mi trudno się zdecydować. Brydż bez Piotra? Na razie jest wciąż za wcześnie. Brydż pod nieobecność Piotra byłby zdradą. Chyba.

 

Proponuję
Nowości
Popularne