Tort wiosenny
Tort wiosenny
Kaszanka w chlebie
Kaszanka w chlebie.jpg
Mazurek
img1_l.jpg
Faworki karnawałowe
faworki
Domowy chleb
img2_l.jpg
Przepisy i opisy arrow Historie kuchenne arrow Hyćkowe wino i ciążowe niepokoje
Hyćkowe wino i ciążowe niepokoje | Drukuj |
środa, 01 kwietnia 2009

…Piotrusiu, a może byśmy latem zrobili z owoców dzikiego bzu wino. Wprawdzie sama nigdy nie robiłam wina, ale piłam u Cioci Zosi wino z „Hyćki” i miło je wspominam; piękny kolor i ciekawy smak...

Mam dokładny opis jak je zrobić. Bardzo żeśmy się zapalili o pomysłu, więc prawie codziennie spacerowaliśmy ulicą Jana Pawła Woronicza do końca, w pola (byłam w dość już zaawansowanej ciąży więc długie spacery bardzo mi służyły).Sprawdzaliśmy, czy hyczka dojrzewa, czy ptaki i deszcze zanadto jej nie przetrzebiły. Były to niemal dzikie pola porośnięte szpalerami pachnących bzów, jaśminu, dzikiej róży, akacji i wieloma krzakami dzikiego bzu. Niezwykłe miejsce o niebywałym w mieście zapachu i to zaledwie kilkaset metrów od zgiełku, hałasu, i kurzu. Nagle, jak przez niewidzialną bramę wchodziło się w ciszę. Ciekawe, że tarniny tam nie było, może nie znaleźliśmy. W dół do torów nie dało się zejść. Równolegle do nich biegły aleje Żwirki i Wigury, łączące pomnik ich imienia z lotniskiem. Zarośnięta chaszczami część miasta była jakby zapomniana przez urbanistów warszawskich i dzięki temu, powyrastały tam burzany na metr i wyżej, swobodnie więc i bezpiecznie harcowały w nich ogromne ilości zajęcy i co rusz zrywały się w niebo najróżniejsze ptaki. Lubiliśmy tam spacerować i nie pamiętam byśmy kogokolwiek spotykali.

Dokładny przepis na wino z hyćki:  
Na 8 kilogramów  czarnego bzu trzeba
3,5 kilograma ciemnego miodu
3.5 litra wody
1 opakowani winnych  drożdży
5 gramów kwasku cytrynowego

Piotr postarał się o wielką butlę, zaopatrzyliśmy się w puste butelki, korki, lak i dojrzewaliśmy razem z hyczką. Ja dojrzewałam do porodu. Dzieciątko przestało się kokosić w zbyt ciasnym brzuchu, miałam tyle jeszcze do zrobienia przed rozwiązaniem. Pamiętam, że piątego sierpnia przytargaliśmy z pobliskich działek ponad dziesięć kilogramów pięknych moreli i zabrałam się za przygotowanie przetworów. Nie ma wspanialszej i bardziej aromatycznej konfitury. Koniecznie też chciałam zrobić nalewkę morelową. Byliśmy bardzo przejęci naszymi gospodarskimi pracami. Piotr przytargał skądś jeszcze większy słój i na wszelki wypadek dwa gąsiory. Całe to szkło razem z morelową nalewką (żeby cieszyć oko) stanęło na jedynym naszym stole, niewielkim, kawalerskim, brydżowym stole Piotra.
 
Nic się odtąd na nim nie mogło zmieścić. Posilaliśmy się wykorzystując wolny skrawek stołu. Ledwie zagospodarowaliśmy owoce, poczułam nagły niepokój. Coś zaczęło się dziać moim brzuchem, obejmując go oburącz, wystękałam... Piotrusiu, trzeba by pojechać… po łóżeczko, po wanienkę... Musimy przemeblować jakoś nasz pokój… Piotr wpadł w panikę. Łóżeczko czekało na nas w Piastowie – nowiutkie, ale trzeba je przywieźć, a wanienkę trzeba kupić na Mokotowskiej, w „plastikowym sklepie”. Byliśmy dorośli, a sytuacja nas zaskoczyła. Nie myśleliśmy o tym wcześniej. Brzuch sobie rósł, ja dziergałam każdego dnia po powrocie z pracy najróżniejsze, bardziej i mniej udane ubranka, obrębiałam kolorowymi nitkami pieluszki przede wszystkim bawiąc się przy tym świetnie. Szyłam czapeczki, wyszywałam  kwiatuszki na kołnierzykach bluzeczek i kaftaników, zrobiłam szydełkiem kilka par bucików... Układałam tą egzotyczną wyprawkę w wiklinowym koszu i wspominając moją ukochaną Parciankę (lalkę z dzieciństwa) bawiłam się w mamę, bardziej jak mała dziewczynka niż dorosła kobieta, spodziewająca się dziecka.
 
Mieliśmy pełne ręce roboty. Piotr dodatkowo martwił się o dojrzewającą hyczkę, pozostał sam na placu boju, bo ja już wcale nie myślałam o produkcji wina, nagle zaczęłam się zastanawiać - jak to będzie? Jak się pozbędę tego balastu z brzucha?! 10 kilogramów! Jak biedne dzieciątko się wygrzebie przez maleńki otwór w moim ciele?  Przerażenie narastało.

Nie wiele na ten temat czytałam, a lekarz prowadzący, bardzo uczony położnik, choć bardzo troskliwy, miły i rzeczowy, nie wiele na ten temat mówił. Przez całą ciążę martwił się tylko o dziecko i o moje nerki i upewniał się przy każdej wizycie, że ani ziarenka soli nie ma w moich posiłkach. Rozwiązanie błogosławionego stanu to sprawa natury… pani Basiu. Spokojnie. Matka Natura wie co robić.
Jednak opętał mnie strach! Żadna pociecha, że matka natura, że miliony kobiet przede mną, że sąsiadka zza ściany, że moja mama ... Nie myślałam o tych co przede mną. Wcale. Byłam jedyna na świecie. Ja i mój przeogromny brzuch! Piotr myślał o dojrzewających jagodach dzikiego bzu i kulawym wózku, który kupiliśmy okazyjnie - trzeba by go jakoś naprawić…?  Dość nerwowo – jakby się bał, że nie zdąży składał dziecinne łóżeczko, odwołał brydża. Wietrzyliśmy zmianę naszego życia. Piramidalną zmianę.

Nagle poczułam się strasznie samotna. Serce tłukło pełne strachu i niepokoju. Czułam się jak w koszmarnej pułapce i z nikąd pomocy! Przestałam panować nad emocjami. Wpadałam w całkiem obce mi dotąd stany histerii. Nawet dziecko przestało się kokosić w brzuchu, też się bało? Sprawa była dla mnie oczywista. Zaczęłam wariować. Przeraził mnie mój stan psychiczny. Piotrusiu, coś niedobrego się dzieje się ze mną. No to chodźmy na spacer, zawołał z nadzieją, że znalazł receptę na moje strachy, zobaczymy naszą hyczkę. Nie, nie, wystękałam - chodźmy „Na Idzika”.
 
Przy ulicy Idzikowskiego był dom moich kochanych Sióstr Niepokalanek. Zatęskniłam do maleńkiej Kaplicy z Matką Bożą Niepokalanego Poczęcia. Bardzo ją pokochałam jeszcze w szkole Sióstr w Nowym  Sączu, odwiedzałam Ją czasem na „Idziku”, lubiłam w ciszy Kaplicy posiedzieć. Pojechaliśmy tramwajem, wprawdzie kilka tylko przystanków, ale wydawało mi się, że odległość się wydłuża, trzęsło mną jak nigdy, a kiedy przy skręcie z Woronicza w Puławską, wagon tramwaju podskoczył, myślałam, że eksploduję, czułam jakby jakiś szew wzdłuż kręgosłupa się rozrywał. Zaraz urodzę plecami – jęknęłam obolała i przesiadłam się z twardej ławki na kolana Piotra. Wtuliłam w niego zasmarkany nos i zrobiłam z siebie widowisko. Jeszcze trochę... kilkadziesiąt metrów.

Ławka i klęcznik w Kaplicy choć twarde, nie były twarde. Kochałam to miejsce. Wlepiłam mokre i przestraszone oczy w Cudowną Postać i już po chwili byłam spokojna. Zupełnie spokojna. Strach się ulotnił. Już nic mnie nie przerażało. Była koło mnie Mama. Byłam bezpieczna. W ciszy Kaplicy słychać było jak Piotr zakłopotany drapie swoją brodę. Zdumiewała go moja dziecinna, naiwna, ufność i wiara. Chciał jak ja, ale miał mnóstwo pytań, mnóstwo wątpliwości. Zbyt wiele. Dużo czytał, szukał... Wszystkiego się w książkach nie znajdzie. Piotr mi zazdrościł. Czasem zdenerwowany mówił, dla ciebie wszystko jest takie proste... Wcale nie było proste. Oczywiste, ale wcale nie proste. Żeby to wiedzieć, trzeba wierzyć. Co dzień od nowa. Wiara zawsze była dla mnie tak naturalna jak chleb i powietrze – nijak bez nich żyć. W życiu konieczna jest pewna ciągłość i kontynuacja, we wszystkim co się robi. Piotr miał poważną lukę, bo zakończył edukację religijną na przygotowaniu do pierwszej Komunii Świętej, rozmawialiśmy często o wierze, ale on pogubił się przez te wszystkie lata, a ja byłam kiepskim apostołem i beznadziejną katechetką.

Jak zmieścić dorosłego faceta w jego pierwszokomunijny garniturek? Przecież trzeba by cudu. Cud się stał kilkanaście lat później, kiedy od nas odchodził....  

Kinga urodziła się 8 sierpnia przed północą, dokładnie w trzy dni po tych moich strasznych niepokojach.
To niewiarygodne, jaką rewolucję powoduje pojawienie się dziecka. Nie dzieje się nic co nie ma związku z niemowlęciem, na nic innego nie ma czasu! Nic innego nie jest ważne. Już nie wiedziałam co dotąd robiłam, czym się zajmowałam? Gdzie się podziała organizacja pracy? Przecież byłam w tym dobra! Dotychczasowe życie legło! Piersi ciągle …pod ręką. Dziecko wiedziało, że matka natura dała mamie dwie piersi i że w obu jest mleczko. Książkowe „co trzy godziny” i „raz z jednej, raz z drugiej” nie wypaliły absolutnie. Byłam jak kangurzyca. Trwało to i trwało zanim niemowlęce posiłki same się unormowały, byłam jednak spokojna, zamknęłam „Twoje małe dziecko” i słuchałam intuicji. Kinga bardzo wolno, ale przybierała na wadze, była bardzo pogodna, coraz silniejsza - dobrze się rozwijała. W końcu biologiczny zegar dziecka sam wszystko uporządkował. Nie dokarmiałam jej żadnymi „bebikami”. Nie mogłam lepiej postąpić.

Po latach dowiedziałam się, że te książkowe, święte, nakazane „co trzy godziny” dotyczą karmienia sztucznego. Wyłącznie sztucznego, że pokarmem naturalnym dziecko ani się nie przeje, ani nie zrobi sobie krzywdy, wręcz przeciwnie, zapewnia sobie potrzebę bliskiego kontaktu z matką, to jakby przedłużenie życia płodowego. Piękne! Dziecku w sposób naturalny zaczęły smakować soczki, zupki, warzywa i mięso, a ssanie piersi i krople mleka, zapewniały bliskość, poczucie bezpieczeństwa i  zdrowie. Uczyłam się być matką.

Piotr sam przytargał dziki bez z pól, sam go ważył, płukał, tłukł tłuczkiem i miażdżył owoce, dodał ile trzeba matki drożdżowej, pilnował fermentacji, po kilku dniach wyciskał sok z owoców przez doskonale się do tego  nadające, kingusine  pieluszki, gotował wodę z miodem gryczanym, odcedzał moszcz, zalewał – wszystko dokładnie i precyzyjnie, zgodnie z tym co kazał przepis. Byłam bardzo dumna z mojego męża.

Gąsior wylądował na naszym, jakby zaprojektowanym w tym celu, szerokim parapecie – ogrodzie. Kończył się kolejny tydzień fermentacji – wino ciągle ostro pracowało, miało kolor ciemnego denaturatu. Któregoś popołudnia  ni stąd ni zowąd. Eksplozja!
Nasza hyczka wystrzeliła z gąsiora! Nic tej katastrofy nie zapowiadało! Winne grono kilka sekund wisiało pod sufitem, nie zdążyłam się zdziwić, tak nagle chlusnęło w dół, w mój nie całkiem jeszcze zagospodarowany zielny ogródek. Piotr sążniście chlapnął łaciną, kilka piorunów i błyskawic posłał w moją stronę...? Trzasnął drzwiami i jak hyczka z gąsiora, wyleciał z domu, stałam oniemiała. Instynkt samozachowawczy zakazał mi rozpamiętywać obraz po katastrofie, oddychając przez ręcznik (smród!) porwałam dziecko z łóżeczka i błyskawicznie zamknęłam się z nią w kuchni (metr na półtora!). Co robić?! Przewinąć dziecko! Była sucha.
 
Otworzyłam na całą szerokość okno do ogródka sąsiadów, aby pozbyć się smrodu i dość sprawnie pozbyłam się bałaganu. Pozostała zawartość gąsiora wylądowała w klo. Kilka kanałowych szczurów mogło paść po konsumpcji tego zajzajera. Jeszcze przez jakiś czas mieliśmy na  suficie i okiennej ścianie „pop Art”.

Zwykle, we wszystkim co się dzieje, staram się znaleźć jakiś pozytyw, próbowałam więc pocieszać męża, Piotrusiu, jakie to szczęście, że się szkło nie rozleciało, tylko ten głupi korek puścił ...  Zmrużył oczy i przyglądał mi się ze złością, podziwem i niedowierzaniem.

Nie ponawialiśmy więcej prób produkcji wina, pozostaliśmy przy nalewkach. Te przynajmniej nie wybuchają.

Proponuję
Nowości
Popularne