Tort wiosenny
Tort wiosenny
Kaszanka w chlebie
Kaszanka w chlebie.jpg
Mazurek
img1_l.jpg
Faworki karnawałowe
faworki
Domowy chleb
img2_l.jpg
Przepisy i opisy arrow Historie kuchenne arrow Gulasz z Budy i zupa gulaszowa
Gulasz z Budy i zupa gulaszowa | Drukuj |
poniedziałek, 25 maja 2009

Ilekroć przygotowuję gulasz i korzystam z ostrej, sproszkowanej papryki myślami wracam do Budapesztu, do domu moich dobrych znajomych i atmosfery tamtego popołudnia.

Doprawiając, smakując, próbuję odtworzyć podobny wygląd, smak i aromat potrawy, jednak opary unoszące się spod pokrywy nigdy nie są te…
"Po dobrym węgierskim gulaszu masz mocny chuch i nie masz kataru", poinstruował mnie Otton w drodze na kolację do domu jego rodziców, mieszkających razem z córką i wnuczką w Budzie – prawobrzeżnej części miasta. Mężczyzna popije go dobrym winem, a dziecko mlekiem – kontynuował mój gospodarz… A dziewczyna czym popije? Spytałam. Winem. Dobrym czerwonym winem.

Odpowiednią moc; aromat, barwę i smak zawdzięczał gulasz papryce, a może jej kilku różnym gatunkom. U nas takiej nie było kiedy zaczynałam tworzyć własną kuchnię, a może nie umiałam jej znaleźć. Węgierska papryka dojrzewa w południowym słońcu a uprawiana tam w wielu odmianach od co najmniej połowy 1700 roku ma swoją tradycję.

Był sierpień 1967. Dobrze pamiętam tę wizytę. Piękna barokowa kamienica. Solidne, szerokie mocno wydeptane drewniane schody przytulone do drewnianej boazerii z jednej i masywnej balustrady z drugiej strony. Niezwykle przytulne wnętrze. Przepiękne robione szydełkiem serwety duże i maleńkie na oparciach foteli, kanapy, na stole i maleńkim stoliczku. Nawet abażur wielkiej stojącej lampy ozdobiony był kordonkowym, białym lambrekinem. Podłogi zasłane grubymi, ciężkimi, wielobarwnymi dywanami, ściany pełne czarnobiałych fotografii, na wąskich parapetach okien za muślinowymi firankami doniczki z fiołkami alpejskimi.
Na jednej ze ścian salonu obok półki z książkami duży obraz przedstawiający narodowego bohatera Węgrów Lajosa Kossutha. Lubiłam w historii czas Wiosny Ludów… Polak Węgier dwa bratanki… Od razu zaskarbiłam sobie serdeczność gospodarzy. 
Usiedliśmy wokół dużego, owalnego stołu Otton, jego rodzice, siostra, siostrzenica i mieszkające w sąsiedztwie, szwagierka i bratanica... same sieroty po październiku 1956 roku. Rozmowa toczyła się po węgiersku, trochę po francusku, trochę po angielsku, tłumaczenie nie było potrzebne. Więcej rozumiałam niż mówili. Słuchałam… czytałam we łzach starych, schorowanych  rodziców, w ich twarzach, w nerwowym  międleniu serwety przez siostrę Ottona. Siedziała ze skulonymi ramionami i brodą opartą o piersi.

Oboje z bratem ranni leżeli w szpitalu. Ona dłużej. Nie lubiła tych wspomnień, dała w końcu spokój serwecie, zmrużyła mokre oczy i obdarowała mnie smutnym uśmiechem. Poszła do kuchni a za nią jej niespełna 11-letnia Agnes. Łzy prowokują łzy. Widziałam przytulny skwer wokół pomnika Petofiego, więc łatwo wyobraziłam sobie ściśnięty, rozentuzjazmowany tłum ludzi solidaryzujących się z poznańskim październikiem i Polakami, wymachujących chorągwiami i czołgi, które zamknęły wyloty placu...

Dziewczyny przyniosły z kuchni parujący, osmolony, żeliwny kociołek. Powietrze wypełnił zapach ostrych przypraw. Niezwykłe danie. Niewielkie kawałki mięsa zawieszone w gęstym, lekko rozbielonym brązowym sosie, zielony groszek i białe nieco grubsze od naszych zacierek, kluseczki. Nieprzyzwyczajona do tak ostrych przypraw, spokojnie mogłam się poddać atmosferze i dosalać łzami swoją porcję gulaszu. Byłam całkowicie usprawiedliwiona. Do gulaszu podano mocne czerwone wino i znakomity biały chleb. 

Jedynym wesołym biesiadnikiem tej wieczerzy była jasno błękitna papużka Pitiu, która swobodnie fruwała i dreptała po całym pokoju. Ćwierkając, to przysiadła na muślinowej firance, to na ramieniu żyrandola, to spacerowała po stole omijając gorący kociołek. Skubała okruszki chleba z obrusa, skosztowała salami, na moment przysiadła na mojej głowie, cmoknęła swojego pana w ucho. Wszyscy obdarowywali ją uśmiechem i pieszczotliwie zapraszali do swoich nakryć. Starsza, bardzo szczupła pani na moment przyozdobiła zoraną smutnymi zmarszczkami twarz prześlicznym uśmiechem.
Dzięki Bogu, że mieli w domu papużkę.

Z Budapesztu przywiozłam kilka torebeczek sproszkowanej najostrzejszej (diabelskiej) papryki i kilka strąków świeżej, niemal pąsowej. Zrobiłam z niej bukiecik i zawiesiłam pod sufitem, a w sklepie zoologicznym przy Nowym Świecie kupiłam papużkę. Miała jedno, śmiesznie sterczące piórko, więc imię „Piórko” samo się nasunęło. Brakło mi pieniędzy na klatkę, była więc nie ptaszkiem w klatce, lecz najprawdziwszą współlokatorką, zgodnie dzieliłyśmy niewielki pokoik u cioci Frydy.

W oknie miałam dość gęstą firankę, ale dla pewności obiłam otwór okienny przeźroczystą siatką, bo prawie zawsze było uchylone musiałam więc maleńkiej zapewnić całkowite bezpieczeństwo. Wyścieliłam jej siedzisko w przytulnym wiklinowym koszyczku, które wyposażyłam w drabinkę i wygodny rozgałęziony patyk na który nadziewałam kawałki marchewki i zielonej sałaty, jednak zdecydowanie wolała być wszędzie indziej. Kiedy jadłam, jadła co ja. Przepadała za ziemniakami w mundurkach i białym serem. Piła też moją herbatę i mleko.

Kanapki robiłam dla siebie i dla niej. Lubiła ze mną spać, zaplątywała się w warkocz i gadała do ucha. Wiedziałam kiedy zasypia, bo zmieniała tembr głosu i po chwili cichutkiego …ijo, ijo, ijo, była cisza. Pasjami czytała książki - ich mięsiste grzbiety. Siadała na nich, skubała obwolutę i kartki, szeleściła nimi.... Miałam zbudowany z kapiących świec masywny, kolorowy lichtarz, osiągnął już prawie sześćdziesiąt centymetrów wysokości, był imponujący. Dobierałam specjalnie kolory świec, zapalałam je i szpilką kierowałam spływ kolorowej lawy. Ten lichtarz okazał się doskonałym miejscem do psot, rzeźbiła go na własna modłę, wydziobywała kolorowe kawałki wosku i pluła nimi wokół, albo siadała na suchym bukiecie z nieśmiertelników i parasoli papirusu i niszczyła misterne, pajęcze muśliny. Z rzadka, chyba żeby sprawić mi przyjemność zjadała proso i płatki owsiane, które sypałam jej do drewnianej miseczki na parapecie okna, ale wolała obgryzać marchewkę i główkę sałaty. Śmieciła nimi nieprawdopodobnie! 
Moja Piórko.
Miło trzpiotkę wspominam.

Sposobów na gulasz jest mnóstwo, w przepisach podaję  dwa sprawdzone...

Proponuję
Nowości
Popularne