Tort wiosenny
Tort wiosenny
Kaszanka w chlebie
Kaszanka w chlebie.jpg
Mazurek
img1_l.jpg
Faworki karnawałowe
faworki
Domowy chleb
img2_l.jpg
Przepisy i opisy arrow Historie kuchenne arrow Człowiecze losy czyli pałace i drewutnie
Człowiecze losy czyli pałace i drewutnie | Drukuj |
sobota, 28 lutego 2009
Po śmierci Taty wiadomo było, że Mama zamieszka z nami. Było to ogromne wyzwanie. Gospodyni na dwustu metrach mieszkania w poniemieckim pałacu, wśród ulubionych, od nowa nagromadzonych sprzętów przenosiła się do dziewięciometrowego pokoiku.

Pakując po raz kolejny swoje życie, wrzuciła do podróżnej torby stary drewniany dekiel, który służył jako ciężarek do kiszenia kapusty w beczce,  przerzedzone sitko do przesiewania mąki, drewnianą figurkę Matki Boskiej z kredensu, woreczek z przyborami do golenia Tatusia, jego ulubioną, rozpoczętą wodą kolońską, drewnianą kotewkę do rozrabiania ciasta naleśnikowego, blaszane pudełko z igłami i nićmi, poobijany czerwony czajnik, który Ciocia Zosia przywiozła z Syberii, Krzyż ze stołowego pokoju i kilka innych drobiazgów, które towarzyszyły Rodzicom na co dzień. Nie zdobyłam się na to, by pomóc w przeprowadzce i oceniać co zabrać a co zostawić sąsiadom. Zapakowałabym wszystko razem z kurnikiem i jego mieszkańcami… To mnie przerosło. Stchórzyłam. Pojechał Piotr z kuzynem. Serce miałam w gardle kiedy stojąc z nosem wklejonym w szybę balkonu zobaczyłam Mamę bladą, w czerni, stojącą obok wyjmowanych z samochodu tobołków. Spojrzała w górę na mnie serdecznie uśmiechnięta. Moja Mama. Wspaniała i dzielna. Niewiele dodatkowych sprzętów można było u nas zmieścić. Zabrała kilka skrzynek z książkami, lustro i duży stół, przy którym jadaliśmy posiłki. Ważny stół. W moim domu stał się też meblem bardzo ważnym.
Trzypokojowe 56m. mieszkanie okazało się bardzo rozciągliwe.

Przed przeprowadzką do nas Mama podjęła bardzo bolesną decyzję. Rodzice mieli dwa foksteriery – u  nas był trzeci – ich synek, Pan Migdał.
Oczywiste było, że  zamieszka z nami nie tylko Mama, ale także Trefl i Żabcia, nawet nie zastanawialiśmy jak się pomieścimy. Jakoś. Ja te osiem łap kochałam, a Piotr był wielkoduszny.

Tymczasem Mama poprosiła miejscowego weterynarza, uśpiła swoje kochane psy i pochowała je w ogrodzie. Żal gardło ściska, gdy o tym myślę. Taki desperacki krok mogła zrobić tylko Mama, tak wiele przeżyła, tyle straciła, że jeszcze tylko .... psy. Poszły za swoim panem spokojnie nam oznajmiła.
Wiele razy śniła, że stoi przed nią pięć par pięknych gniadych koni w pełnej uprzęży i rynsztunku. Stały równiutko, w bezruchu jakby czekały, że któregoś dosiądzie. Czy znaczyło to, że było  jej u nas za ciasno, niewygodnie,  za mało przestrzeni… ?
Całe życie tęskniła za jazdą na nartach za koniem, za jazdą wierzchem… Ty wiesz co to była za jazda za generałem Wieczorkiewiczem?... „Burza” gnała jak wicher! Wspomnienia, wspomnienia i tęsknota za czymś co już bezpowrotne.

Mama powoli przyzwyczajała się do miasta, do nowego otoczenia, poznawała nowych przyjaciół ale przede wszystkim pomagała nam wespół z Babcią Fanny w wychowywaniu dziewczynek.

W trakcie sprzątania przyjrzałam się uważniej kilku fotografiom babci Lidii (mama mojej Mamy). Stare zdjęcia. Pierwsze datowane 1893 rok. Śliczna może dziesięcioletnia dziewczynka w jednej ręce trzyma smycz, na jej końcu siedzi śliczny mały mops, ma ładną, trochę za dużą obrożę ozdobioną metalowymi kuleczkami, w drugiej ręce dziewczynka trzyma kapelusik. Ubrana w skromną, ale elegancką sukienkę w kratkę, wykończoną na dole białą koronką, takie samo wykończenie mają długie rękawy. Wciągnięta gumka w przedłużony stan sukienki, wysoki, wykładany  kołnierzyk, kilka guziczków. W tle zdjęcia kwiatowa rabatka i dalej ściana domu. Na drugiej fotografii ta sama, już starsza, może piętnastoletnia dziewczyna, w stroju myśliwskim z pięknym wyżłem przytulonym do nóg swej pani. Wokół wiele innych, równie starych fotografii. Pałac w Sassenbrug, pod Wiedniem, w którym urodziła się ta właśnie dziewczynka z fotografii – Babcia Lidia, drugi w Szaflarach, w którym urodziła się Mama i ten ostatni, pod Przemyślem, też stracony, z którego druga wojna światowa wymiotła ostatnich  z mojej rodziny właścicieli ziemskich.

Zdjęcia dziadków, pradziadków… Wszystkie w ramkach, za szybkami jedne wiszą, inne stoją i z różnych kątów mieszkania przyglądają się naszemu życiu. Traktuję  te wszystkie postacie ze starych fotografii, jak dobre duchy, które trzymają pieczę nad moja rodziną. W przemijaniu kryje się wielka tajemnica i pewna siła, którą obdarowują nas ci, co odchodzą. Zostawiają nam wiele ze swojej osobowości w genach, ale pewnie jeszcze nie jedno chcieli by nam przekazać, może należałoby dokładniej prześledzić ich losy i wzbogacać nimi własne dążenia i osiągnięcia.

Miałam kiedyś sen. Jechałyśmy z Kingą samochodem. Przed nami wlókł się pomarańczowy, poobtłukiwany maluch, kierowca wyraźnie czegoś od nas chciał – jakby mu się coś zepsuło? Zatrzymał się, my też. Co się stało? pytam, bez słowa wskoczył do naszego Nissana i odjechał. Złodziej! krzyknęła  Kinga. Złapałam ją za rękę. Patrz! W tym  pokiereszowanym maluchu siedzą nasze zwierzęta! Myszka, Czarusia, Majka, Aza, Nalewka! Dzięki Bogu, że odnalazłyśmy je! Szczęśliwe, wsiadłyśmy do maleńkiego samochodu. Nagle usłyszałam, że dostałam ogromny spadek. Mam go zaraz odebrać. Jakiś tajemniczy. Pieniądze? Boże! tyle kłopotów z tym będzie, muszę je jakoś porozdzielać! Wjeżdżamy do ogromnego, starego, parku! Przed nami pałac, który sięga chmur. Przeogromny! Nie pieniądze, lecz ten pałac mam odebrać. Przerażenie mnie ogarnęło. Ciarki po plecach. Taki pałac? Boże! Co ja z tym zrobię? Zwierzęta się tam pogubią, daleko do kościoła. Kto będzie karmił moje ptaki w ogrodzie? Kto to wysprząta! Kto tam ze mną zechce mieszkać? Pytania mnożyły się w nieskończoność. Byłam nieziemsko przerażona! Nagle, wśród dziwacznie poskręcanych, pięknych pnączy zobaczyłam podobną do borysławickiego kurnika obrośniętą chederą i dzikim winem drewutnię. Stała w moim ogrodzie, obok świerka. Pnącza okazały się plątaniną milinu, bugelwilii, wisterii i nieprawdopodobnej ilości kwiatów klematisa. Wszystkie dobrze znam! Tu jednak kwitły wszystkie na raz i niezwykle obficie. Widok nie z tego świata! Spojrzałam w stronę drewutni z taką nadzieją! Jeśli i ona będzie moja?! Przez otwarte drzwi drewutni widziałam same skarby; drabinę, łopaty, motyczkę, nowiutkie nożyce i grabie o jakich marzę, szerokie i lekkie. Wszystko tak lśniło! Obok drewutni wiklinowa furtka, bardzo mi potrzebna, bo stara się rozsypuje i cztery równiutkie, wygodne do siedzenia, szerokie pniaki – marzę o takich od dawna! Nagle usłyszałam bardzo przyjazny, rozbawiony głos. To! To! To jest twoje! Ta drewutnia! Jak ja się ucieszyłam! Niestety nie weszłam do mojej drewutni, nie zdążyłam, zwykle w snach tak bywa. Zbudziłam się. Ale jaka byłam szczęśliwa!

Przyglądam się fotografiom babci Lidii; dziewczynka, panienka, szczęśliwa mężatka. Wreszcie piękna kobieta w niezwykłym kapeluszu, otoczona przepychem i  serdecznymi, bliskimi sobie ludźmi. I ostatnia fotografia babci. Na niej zgarbiona, stara, schorowana, kobieta, stoi w drzwiach dziwnego, bardzo nędznego, drewnianego domu. Ostatnie lata swego życia przeżywała w Zakopanem w jakiejś przybudówce z kilkoma wiernymi przyjaciółmi, owczarkami węgierskimi... Łzy się cisną do oczu, ale nie pozwalam im wypłynąć, tylko porządniej ścieram kurz z drewnianej ramki, zaciskam usta i myślę  ....strudel. Pyszny jest Twój strudel Babciu.

Proponuję
Nowości
Popularne