Tort wiosenny
Tort wiosenny
Kaszanka w chlebie
Kaszanka w chlebie.jpg
Mazurek
img1_l.jpg
Faworki karnawałowe
faworki
Domowy chleb
img2_l.jpg
Przepisy i opisy arrow Historie kuchenne arrow Boże Narodzenie
Boże Narodzenie | Drukuj |
sobota, 12 grudnia 2009
Wszystkie moje myśli zmierzają ku świętu Bożego Narodzenia. Tak bardzo je lubię. Boże Narodzenie to także kolejna rocznica naszego ślubu. „…i że Cię nie opuszczę aż do śmierci”. I bukiecik kolorowych, pachnących frezji, który zerwał się spod sufitu i razem z małym gwoździem i sznurkiem wpadł do gara weselnego barszczu. I paniczny strach i przerażenie i walenie serca …

Święty Boże! Czy ja go na pewno tak kocham, by być z nim całe życie? Teraz już tylko on? On na zawsze? Żaden inny? A jeżeli to nieporozumienie? Pomyłka? A jeżeli poznam kogoś ciekawszego dwa dni po ślubie? Nie myślałam o wątpliwościach Piotra. Czy je miał? Pewnie tak. Skoro ja je miałam, dlaczego nie On…
Nadrabialiśmy wszelkie wątpliwości dobrą miną. Hulaliśmy w Chacie, w Puszczy Kampinowskiej, w gronie przyjaciół i znajomych do upadłego, przegryzając odcinaną, lub odrywaną kawałkami, zawieszoną wzdłuż stołów pod drewnianą powałą kiełbasę zwyczajną, „nanizaną” jak paciorki korali na parcianym sznurze wzdłuż stołów. Sześć wianuszków kiełbasy dwie bombki, gałązka jemioły i znów kiełbasa – tak naprzemian. Na stołach parował aromatyczny barszcz, który nie bez trudu dotaszczył Włodek. W bagażniku malucha po puszczańskich wertepach, nie małe wyzwanie… Michy bigosu… Na każdym stole po dwa wielkie, okrągłe chleby i gliniane garnki wypełnione smalcem, a na gałązkach  jałowca pięknie poukładane pętka  upieczonej w popiele ogniska  kaszanki. Z otwartych termosów parował mocny krupnik… Dumna byłam z wystroju chaty.

Najcudowniejsze Wigilie przeżywaliśmy w domu Rodziców. Zjeżdżaliśmy się zewsząd do domu, by razem skrobać ryby, naciągać strudle, zdobić stół, kolędować…
Potrawy wigilijne mają tę nieocenioną zaletę, że można przygotować kilka dni wcześniej. Opiszę własne „potyczki” z Wigilią.

Przygotowywanie wieczerzy zaczynam od pieczenia pierników i pierniczków, bo kuchnia wypełnia się niecodziennymi, zapachami, atmosfera staje się od razu świąteczna. Wszystkie aromaty mieszając się ze sobą wciskają się w zakamarki kuchni. Nie ma milszych zapachów. Karmel, kardamon, cynamon, goździki, rozgrzany miód budują odpowiednią ściółkę dla pozostałych przygotowań.

Nawet w najtrudniejszych czasach, kiedy trzeba było karpia zdobywać, wystawać nieraz w kilometrowych, kolejkach, w wieczór wigilijny był na wszystkich, nawet najbiedniejszych stołach. Opłatek i karp.

Zostawiłam dzieci i Piotra w pachnącej świątecznymi przygotowaniami kuchni a sama pognałam na przystanek. Miałam zarezerwowaną kolejkę pod ursynowskim Megasamem, wszyscy czekali na rybi transport, bo poranna dostawa karpia się wyczerpała. Byłam już przy ladzie, kiedy się skończyły, ależ to bolało! Wystałam jedynie dwa należące mi się śledzie i ponownie zajęłam kolejkę, tym razem na samym końcu ogona, by ponownie w nim stanąć, tym razem po dwa karpie. Chytrze pomyślałam, że dzięki temu wystoję jeszcze kolejne dwa śledzie! Niemal radosna pojechałam sprawdzić co w domu piszczy. Miałam co najmniej trzy godziny, więc zdołam się rozgrzać i coś na pewno zdążę zrobić.

Kolejka nieco się przesunęła. Moje miejsce było już prawie w drzwiach, będzie nieco cieplej, pomyślałam. Nie było. Drzwi na oścież otwarte, pełno strasznej śliskiej, burej, błotnistej mazi na podłodze. Na dworze było równie zimno, trochę bardziej wiało, ale za to był śnieg, który to nasze nędzne życie bielił zdobiąc ostatnie dni Adwentu. Do władczyń zza lady było jeszcze daleko, ale już słychać było ich mało przyjazne odzywki i wrzaski. Umordowany tłum stał dość pokornie, może czasem ktoś próbował wyżebrać nieco większą rybkę i to wzbudzało wściekłość władczych ekspedientek.
Tatuś powiedziałby „ta bidne dziewki, marzną, to i wrzeszczą”. Fakt, bidule od rana, a może i od wczoraj biegają po tej błotnistej bryi, przecież po tamtej stronie lady mają jej tyle samo, albo i więcej co my tutaj, a w domu też ktoś na nie czeka – próbowałam je uczłowieczyć.
 
Kolejka nie była „gęsiego” ludzie grzali się sobą nawzajem, żadnych szpar, staliśmy po trzy, cztery osoby razem, każdy wiedział za kim stoi, więc ogon, który wyglądał na pięćdziesiąt metrów, jakby go rozciągnąć w pojedynczy cienki ogonek miałby pewnie ze dwieście i znów wylądowałabym kawał poza sklepem. Wszyscy chcieli być chociaż pod dachem. Rozmyślałam o domu. Dzieci pewnie nanizały już pierniczki na nitki. Piotr dziurawił je igłą i przewlekał białą nitką, Kinga wiązała supełki, a Anusia zawieszała wszystko na drążku miotły, opartej o dwa stołki. W kolejce czekały cukierki i sterta białych, postrzępionych na końcach bibułek, w każdą bibułkę trzeba zawinąć cukierka i porządnie skręcić oba końce. Będzie śliczny cukierkowy łańcuch... 

Rozrzewniona rozmyślałam o ciepłym domu, stojąc wciśnięta w tłum, z nosem wtulonym w zwój ciepłego szala. Było mi ciepło. Butami prawie nie dotykałam zimnego, rozmokłego kartonu. Ściśnięta przez tłum, stałam jakby lekko uniesiona, niemal bezwładnie. Mogłam nawet się przespać. Kolejka mnie niosła.
Harmider jakby ktoś pokrętłem lekko ściszył. Nos wygrzał sobie miłe gniazdko w szalu, więc ostrożnie tylko przekręciłam głowę, żeby jak najmniej zmieniać pozycję, szerzej tylko  otworzyłam oczy i wodziłam wzrokiem bezmyślnie po ludzkich nogach, po błocie i rozmoczonych „dywanikach” z tektury, zatrzymałam się przy otwartych drzwiach wejściowych. Dziwne, bardzo płytkie półbuty, całkiem nie na tę pogodę. Mocno sfatygowane, jakby nigdy nie widziały pasty ani szewca, wyżej skarpetki, długie, coś z nich wyłaziło. Wąskie, za krótkie spodnie, wąski, ciasny płaszcz, kiedyś pewnie był ładny. Marengo w jodełkę, oceniłam. Płaszcz miał zbyt krótkie rękawy. Wystające z rękawów wąskie ręce i długie szczupłe palce były sino blade, pewnie skostniałe z zimna. Ostrożnie, by nie tracić ciepła, uniosłam nieco nos razem z szalem. Mężczyzna był wysoki. Okulary, bardzo ascetyczna, chuda twarz, duże średnio przytomne oczy patrzyły gdzieś hen. Łzy zakręciły mi się w oczach. Pomyślałam, dusza Norwida w łachmanach u schyłku życia. Stanęłam mocniej na mokrej mazi i przeprosiłam  „podtrzymujące mnie” panie. O, tamten pan jest ze mną szuka mnie, ściągam go wzrokiem, ale jakoś nie patrzy w naszą stronę, pójdę po niego dobrze? Uśmiechnęłam się do „Norwida”, proszę do mnie podejść… do kolejki, szepnęłam, kupimy razem karpie, będzie Panu w ścisku cieplej. Poszedł ze mną bez słowa. Poczułam się odpowiedzialna za niego i zadbałam, by był odpowiednio ściśnięty przez tłum. Grzecznie dał się ludziom nieść. Nie rozmawialiśmy. Dalej grzałam nos w szalu, mój podopieczny mnie pilnował. 

Zapłaciłam za cztery – szczęśliwie już śnięte - karpie i cztery śledzie. Taki był urzędowy przydział dwa karpie i dwa śledzie na twarz. Wyszliśmy razem. Dałam mu zawiniątko z jego rybami, wziął bez słowa, nie podziękował. A może przyjdzie Pan do nas na Wigilię, poprosiłam. To nie daleko. Dam Panu adres, drzwi będą otwarte. Serdecznie zapraszałam. Wreszcie się odezwał i spojrzał na mnie jak człowiek a nie duch. Mam psa, powiedział i obdarował mnie czymś w rodzaju uśmiechu. Nie wiem dlaczego myślałam, że jest samotny i opuszczony.

Przyjechałam do domu nocnym autobusem. Piotr zdenerwowany skubał brodę spacerując z Panem Migdałem pod domem, a dziewczynki spały ubrane w łańcuszki z cukierków okręconych białymi bibułkami. Wyglądały jak aniołki otulone skrzydłami.

Byłam tak zmęczona, że dopiero w pachnącym, ciepłym i bezpiecznym domu poczułam jak zimno mną telepie, chyba jednak bardziej niż zimno czułam wszechogarniającą satysfakcję i dumę. Mieliśmy cztery śledzie, dwa karpie i uszczęśliwiłam pana w półbutach i jego psa. Czego chcieć więcej!

Proponuję
Nowości
Popularne