Tort wiosenny
Tort wiosenny
Kaszanka w chlebie
Kaszanka w chlebie.jpg
Mazurek
img1_l.jpg
Faworki karnawałowe
faworki
Domowy chleb
img2_l.jpg
Przepisy i opisy arrow Historie kuchenne arrow Bajgiełki Babci Fanny i osy w Popławach
Bajgiełki Babci Fanny i osy w Popławach | Drukuj |
poniedziałek, 11 maja 2009
Babcia Piotra Fanny była specjalistką od szarlotki, ale najbardziej zapamiętałam jej bajgiełki, nauczyłam się je robić, ku radości dzieci.

Na pierwszy rzut oka wydają się pracochłonne i skomplikowane, tym czasem po pierwszym wykonaniu okażą się banalnie proste. I dzieci i dorośli za nimi przepadają. Bajgiełki są doskonałe dla ząbkujących niemowląt, zwłaszcza jeśli je podsuszymy w piecyku, będą znacznie lepsze od skórki chleba. Naturalnie Bajgli dla niemowlaczków nie smarujemy jajkiem ani nie obsypujemy makiem.

Do dzieła zatem:

1 kilogram mąki
7 dekagramów drożdży
1 szklanka ciepłego mleka
1 szklanka ciepłej wody
1 łyżka płaska soli
1 łyżka płaska cukru – do rozrobienia drożdży
3 całe jajka (dwa jajka dajemy do ciasta a trzecie należy rozbełtać – posmarujemy nim bajgiełki przed pieczeniem.

Wyrabiamy tradycyjne ciasto drożdżowe (pamiętamy o zaparzeniu mąki – jak zawsze). Do bajgiełek nie dodajemy tłuszczu. 
Wyrobione ciasto zostawiamy do wyrośnięcia.

Z wyrośniętego ciasta odrywamy kawałki i toczymy z niego wałeczki. Nie za cienkie, około 2 – 3 centymetrów średnicy (jeśli będą grubsze nic się nie stanie). Z utoczonych wałeczków odcinamy  kawałki o długości mniej więcej  15 centymetrów (długość jest dowolna, jednak powinny być mniej więcej jednakowe) i przewijamy jeden koniec w lewo, drugi w prawo, po zrobieniu pętelki łączymy końce dobrze je ze sobą  sklejając. To się robi  migiem. Można podsypywać stolnicę - deskę na której pracujemy mąką, ale nie za dużo. Uformowane bajgiełki układamy na poprószonej mąką deseczce i przykrywamy ściereczką – niech  podrosną.

Tym czasem szeroki, płaski rondel wypełniony do 3/4 wysokości lekko osoloną wodą ustawiamy na ogniu i włączamy piekarnik, by się nagrzał do temperatury około 170 stopni.

Kiedy bajgiełki wyrosną ostrożnie wkładamy je do wrzątku, podczas gotowania bardzo rosną. Gotujemy je 3 – 4 minuty z każdej strony, we wrzątku chętnie same się obracają. Woda powinna lekko wrzeć. Ugotowane przekładamy na posmarowaną masłem blaszkę i smarujemy rozmąconym jajkiem, można posypać makiem. Jak najprędzej wkładamy je do piekarnika. Na blaszce do pieczenia układamy je już ciasno, bo podczas pieczenia nie rosną. Pieką się około 20 minut w temperaturze około 170 - 180 stopni. Nabiorą rumieńców, jeśli były posmarowane jajkiem. Niektóre trochę siądą. Nie martwmy się tym, będą równie smaczne jak te,  które  bardziej wyrosły. Nie wiem od czego to zależy, ale nigdy nie są równe. Jeszcze jedno, bajgle się zawsze udają!
Trochę dużo beletrystyki w opisie, ale robi się je bardzo sprawnie i szybko, często je piekłam na sobotnie i niedzielne śniadania.

Gorące, prosto z pieca, pachnące, chrupiące bajgiełki w koszyczku, łóżko rodziców, teleranek i kakao. Prawdziwa uczta!  
Warto o tych pysznych precelkach - bajgiełkach pamiętać.

Kiedyś spędzaliśmy urlop w Popławach. Mieszkaliśmy w lesie w maleńkim drewnianym domku. W jednej części domku Babcia Fanny, a w drugiej nasza czwórka Piotr, Kinga ja i Pan Migdał. Wyposażenie kuchenek, tak zwanych aneksów kuchennych było tradycyjne. Nic tam nie było, wszystko trzeba było ze sobą przywieźć. Poza maleńką z dwiema fajerkami kuchenką i maleńką, nieczynną chłodziarką, było kilka bardzo przydatnych półek. Jakie było nasze zdumienie, kiedy Babcia Fanny przyszła do nas któregoś ranka z talerzem gorących, świeżutkich bajgiełek. Do dziś nie wiem jak je w tej maleńkiej kuchence zrobiła. Przywiozła ze sobą prodiż to wiem, bo zajadaliśmy się również jej cudowną szarlotką na smalcu.

To było ciekawe miejsce. Wczasowisko usytuowane w olszynie. Wokół teren bardzo podmokły. Sceneria typowa dla Puszczy Białej. Tego lata deszcz mało padał, ale powietrze mimo to przesiąknięte było wilgocią puszczańskiego poszycia i pobliskich mokradeł. Było dość parno, ale nie to nam przeszkadzało, problemem kilku pierwszych dni były osy, tysiące głodnych os. Martwiłam się o Kingę i Pana Migdała, który miał wtedy zaledwie cztery miesiące i ganiał za wszystkim co blisko i nisko. Osy mogły być dla niego poważnym zagrożeniem. Był to czas jeszcze sprzed kartek żywnościowych, wszystkiego zaczynało brakować, również cukru.  Powędrowałam do Pułtuska na targ po mleko, jaja, ser i jakieś drobiazgi a największym osiągnięciem okazał się cukier. Kupiłam sześć kilogramów cukru, namówiona przez miłą ekspedientkę… pani bierze dla dzieci, bo nie wiem kiedy następny dowiozą, miałam dostać pięćset kila a dostałam, patrz pani, o ten woreczek tylko. Pani kupuje dla dzieci, wróci pani do Warszawy i co pani będzie miała…”. Wiedziała co mówi, bo w domu chyba tylko w cukiernicy był cukier. Zachłannie więc wszystko co się dało kupiłam, wpakowałam do plecaka i taskałam cały ten prowiant kilka kilometrów do naszego „obozowiska”. Natychmiast jak czarownica rozłożyłam cztery głębokie talerze z tyłu naszej chałupki i kilka razy dziennie sypałam do nich cukier i wlewałam kilka kropli wody. Osy odżywiały się tym syropem. Domyśliłam się, że są rozpaczliwie głodne i szukają cukru, bo nie bez wysiłku włamały się do torebki landrynek w kartonowym pudełeczku i wyjadły z nich cały cukier. Zgodnie współżyliśmy obok siebie. Kinga nauczyła się jeść do spółki z osą gruszkę. Ona gryzła z jednej strony, osa z drugiej. Mięsem wygłodzone owady też nie gardziły. Któregoś dnia przyniosłam kawałek kurzej nogi z obiadu, na potem. Odleciały z nią. Została tylko oczyszczona do ostatniego kawałka mięsa, kosteczka. Mówiono, że osy się wyroiły. Cokolwiek to znaczyło, nie pamiętam takiej  inwazji, chyba w jakimś horrorze, ale te filmowe miały straszne miny. Nasze, puszczańskie były po prostu niemiłosiernie głodne. W dzień wyjazdu Piotr skombinował plastikowe pojemniczki, rozsypaliśmy resztkę cukru, dolaliśmy trochę wody i zostały po nas miłe wspomnienia.
 
A w domu, na dnie cukiernicy było szczęśliwie trochę cukru.

Proponuję
Nowości
Popularne