Tort wiosenny
Tort wiosenny
Kaszanka w chlebie
Kaszanka w chlebie.jpg
Mazurek
img1_l.jpg
Faworki karnawałowe
faworki
Domowy chleb
img2_l.jpg
Przepisy i opisy arrow Przepisy i opisy arrow Ptysiowe bułeczki i "żniwne" kakao
Ptysiowe bułeczki i "żniwne" kakao | Drukuj |
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Ciasto nie jest skomplikowane i robi się je szybko, a dzieci, zwłaszcza małe uwielbiają ptysie pod każdą postacią. Okrągłe, nadziewane słodkim lub słonym farszem, długie paluszki ptysiowe, czy małe „strzelające” w buzi kuleczki...

Kiedy dziewczynki były małe dość często piekłam do śniadania – dla urozmaicenia menu – maleńkie ptysiowe bułeczki. Zachwycone złocistą chrupiącą skórką, nie badały co jest w środku, a ja tworzyłam witaminowe pakuneczki z cebulą, twarożkiem, sałatą, rzodkiewkami razem z drobniutko posiekanymi liśćmi, z jajkiem na twardo, ogórkiem małosolnym lub kiszonym, szczypiorkiem, natką pietruszki, młodą pokrzywą, którą ptaki nam zasiały na balkonie… najróżniejszymi ziołami, które hodowałam na parapecie kuchennego okna i w balkonowej skrzynce. W zależności od pory roku i zasobów kuchni. Smaczne i pożywne chrupiące bułeczki na sobotnie lub niedzielne śniadania. Do tego było kakao. Nie zwyczajne. W moich przepisach nosi nazwę „Żniwne kakao Mamy”.

Zredukowałam tylko ilość składników:

4 żółtka z 4 łyżkami cukru trzeba utrzeć na kogel mogel, dodać łyżeczkę rumu i kakao (na jedno żółtko 2łyżeczki kakao. Rozcieńczyć 1 litrem mleka i chwilę, trzy – cztery minuty, nieprzerwanie ubijając trzepaczką, gotować.

Kakao ma konsystencję balsamu i apetyczną piankę.

Dotąd, kiedy wpada moja młodzież na weekendowe śniadania, a jest chłodno, mokro i nieprzyjemnie, przyrządzam to kakao, zawsze z łyżeczką rumu, lub brandy. Na litr mleka łyżeczka alkoholu. Nie więcej. W maleńkich filiżankach łyk słodkich wspomnień z dzieciństwa. Dopiero potem pijemy kawę, herbatę ...

Polecam taki start w śniadanie, zwłaszcza, kiedy za oknem wietrznie zimno, mokro i dżdżysto. Niezależnie od pory roku.
Żebyśmy się nie zżymali na to co za oknem sięgnę do starego porzekadła… ”Chociaż czerwiec bramą lata, często w aurę jesień wplata”.

… Dzieci przybiegały do nas rano, wskakiwały do łóżka i mościły wygodne „norki”. Teleranek i kakaowo - ptysiowe śniadanie w łóżku rodziców. Niezapomniane wspomnienia.   
Jeden z takich teleranków zepsuł dzieciom pan generał Jaruzelski, ale o polityce nie będę pisać.

Ptysiowe bułeczki:

1/4 litra wody zagotować z  12,5 dag masła i maleńką (od kawy) łyżeczką soli.
Mieszając wsypać 12,5 dag mąki.
Zdjąć z ognia i energicznie ucierać drewnianą łyżką. Można użyć robota, ale będzie nie wiele szybciej.

Kiedy masa odstaje d garnka przekładamy ciasto do miski i kiedy przestygnie (nie będzie gorące), wbijamy po jednym, stale  ucierając 4 - 5 dużych jaj.

Można dodać szczyptę proszku do pieczenia, ale to nie jest konieczne. Można dać nieco więcej masła, wtedy ptysie będą mniej puste wewnątrz, a pożywniejsze i mniej suche.

Zwykle przygotowywałam ciasto z podwojonej ilości produktów. Wtedy za jednym zamachem piekłam okrągłe bułeczki śniadaniowe, paluszki na eklerki i sporo groszku ptysiowego.

Kiedyś w telewizyjnym programie kulinarnym, pewna Angielka wcierała do ciasta ptysiowego sporą grudkę żółtego sera. Ciekawa propozycja. Wypróbowałam. Ptysie po upieczeniu są wprawdzie nieco cięższe, pełniejsze i mokre, ale to dobry pomysł jeśli chcemy podać je jako uzupełnienie sałatek i sosów.  Ciasto po wyrobieniu nie musi odpoczywać, można od razu formować ciastka.

Groszek, kulki mniejsze, lub większe, podłużne paluszki ptysiowe wygodnie jest wyciskać szprycką, jeżeli nie mamy oryginalnej, można zrobić tutkę z kawałka pergaminu, folii aluminiowej, albo po prostu dwiema łyżeczkami układać na papierze pergaminowym, na blaszce, na której będą się ptysie piekły, trzeba pamiętać o zachowaniu odstępów, bo w trakcie pieczenia pięknie się wybrzuszają – rosną. (w zależności od wielkości ptysi).
Pieczemy ptysie w 190 – 200 stopniach około 15 -20 minut. Muszą wyrosnąć i zrumienić się. Po upieczeniu powinny mieć złoty kolor.

Jeśli kłaść będziemy większe porcje, wielkości półtorej łyżeczki od herbaty wyrosną spore, zgrabne ptysie, które można  dowolnie wypełnić. Nadzienie może być słodkie lub słone.
Proponuję napełniać ptysie tuż przed podaniem do stołu. Suche można przetrzymać kilka dni. 

Jeśli chcemy sprawić przyjemność dzieciom, proponuję z groszku ptysiowego zrobić porcyjki „ptysiowych górek”. Ułożyć na talerzyku warstwami; najpierw łyżkę ubitej na sztywno śmietanki z odrobiną cukru pudru i wanilii, na niej kilka groszków, przykryć je galaretką, lub owocami i śmietanką (dzieci nie przepadają za zbyt słodkimi deserami). Ptysiowy stożek może być zbudowany nawet z czterech warstw. Na czubek stożka wylać rozpuszczoną tabliczkę gorzkiej czekolady – pięknie ozdobi tę smaczna ptysiową górkę.
Bardzo dobre są ptysie nadziewane ubitą śmietaną, z wmieszanymi, drobniutko pokrojonymi brzoskwiniami, lub innymi owocami. Owoce mogą być z puszki.

Znakomitym deserem są małe ptysie wypełnione gęstym waniliowym budyniem, a właściwie kremem budyniowym. Jeśli do ugotowanego budyniu wkręcimy po kawałku dwie – trzy łyżki masła otrzymamy pyszny, delikatny krem. 

Pomysły można  mnożyć, wystarczy raz  tylko zrobić ptysie, a zapragniemy robić je częściej.
Z ciasta ptysiowego można również upiec dwa, cienko rozsmarowane na blasze (na pergaminie) okrągłe placki. Pieką się około 2o minut i ciekawie rosną, upieczone przełożyć bitą śmietaną z owocami, kremem budyniowym, jaki przed chwilą opisałam, albo klasycznym kremem „Napoleońskim” jaki daje się do kremówek - od czasu naszego Ojca Świętego, bardzo modnych –  „Wadowickich” przy okazji dobry, bardzo łatwy do wykonania przepis nań.

13 - 15 żółtek
15 łyżek cukru
cukier waniliowy
Proponuję dodać do mleka rozkrojoną laskę wanilii, krem będzie smaczniejszy – bardziej waniliowy.
1 litr mleka
1 kostka masła
1 szklanka zwykłej mąki (lub po połowie ziemniaczaną i zwykłą)

Żółtka trzeba utrzeć z cukrem i wanilią. Do kogla mogla dodać szklankę mąki i szklankę zimnego mleka. Dobrze wszystko razem wymieszać Pozostałe mleko zagotować i wrzące wolniutko wlewać do ucieranej, lub ubijanej masy. Gotujemy masę na wolnym ogniu cały czas mieszając, by nie przywarła do dna. Gęsty krem zdejmujemy z ognia i po łyżce dodajemy masło. Przygotowanie kremu jest trochę czasochłonne, ale satysfakcja ogromna.

Tę masę można nie tylko rozsmarować na plackach z ciasta ptysiowego. Znakomicie smakuje w małych ptysiach, eklerkach i kruchych babeczkach, a że jest to klasyczny krem do (kremówek) napoleonek, to zapiszę przy okazji jak zrobić dobre kremówki.
Podam na końcu przepis na ciasto francuskie, jest wprawdzie dość czasochłonne, więc najwygodniej kupić gotowe, mrożone ciasto francuskie, po rozmrożeniu upiec dwa blaty. Ostudzić i przełożyć kremem. Obydwa ciasta, ptysiowe i francuskie po przełożeniu kremem budyniowym, lekko oprószyć cukrem pudrem zmieszanym z wanilią.
 
Jeśli wybieramy się z wizytą do bliskich i pragniemy obdarować ich „napoleońskim deserem”, proponuję ostrożnie zapakować oba blaty ciasta, krem przełożyć do miseczki, odrobinę cukru pudru zapakować w torebeczkę i już na miejscu zrobić napoleonkę. Deser ten jest bardzo delikatny, a w transporcie ciasto może się nieco „rozhuśtać”.

Ostatnio wzbogaciłam „napoleonkę musem jabłkowym. Na blacie ciasta francuskiego rozsmarowałam sporą porcję gęstego, niesłodzonego musu jabłkowego i nakryłam go grubą warstwą masy „budyniowej”, przykryłam drugim blatem i oprószyłam cukrem pudrem z wanilią. Znakomity i elegancki deser.

Jak samemu zrobić ciasto francuskie:

Po 40 dekagramów masła i mąki i jedno żółtko (można dać całe jajko),dwie łyżki spirytusu. Z mąki, wody, spirytusu, jajka i szczypty soli robimy ciasto jak na pierogi lub strudel – luźne. (Pamiętajmy, że zawsze zaparzamy mąkę odrobiną wrzątku).
Dobrze wyrobione ciasto rozwałkować na kształt prostokąta o grubości około centymetra. Masło rozetrzeć, by było miękkie (można dodać odrobinę mąki), i całe delikatnie rozsmarować na rozwałkowanym na grubość około centymetra cieście zostawiając nie posmarowane marginesy - mniej więcej 2 cm brzegi. Składamy ciasto w kopertę (lewa i prawa do środka, potem góra i dół) jeszcze raz na pół. Delikatnie wałkujemy. Bardzo delikatnie, by masło nie wylazło z ciasta. Znów składamy w kopertę i schładzamy. To jedyna trudność.

Każdorazowo schładzamy kopertę w lodówce przez około20 minut. Wyjmujemy i znów wałkujemy – najlepiej tylko w jedną stronę – od siebie. Może to przesąd, ale tak mnie uczyła Mama. Tych operacji powinno być cztery – pięć. Czasochłonne! Przy ostatnim wałkowaniu nie ma śladu masła.

Dobrze zrobione ciasto jest rzeczywiście wielowarstwowe. Zbudowane z wielu cieniutkich listeczków. Warto zadać sobie czasem trud. Takiego ciasta nie kupi się w sklepie.

Można je zamrozić w kilku porcjach jak każde ciasto kruche i w razie potrzeby zamiast biec do sklepu i szukać - mieć pod ręką najlepsze z francuskich ciast, które możemy nadziewać różnorako. Nie tylko na słodko. Doskonałe, najróżniejsze paszteciki do czystych zup wyczarujemy z tego ciasta. Można je nadziewać mięsem, warzywami, grzybami…
Jedna uwaga. Nie robimy z ciasta francuskiego kuli. Zamrażamy zawsze złożone w płaską „kopertkę”.   

Krótka historia „żniwnego” kakao.

Zwykle latem w czasie wakacji zapraszałam w imieniu Rodziców kilka koleżanek i kolegów z klasy na wieś na kilka dni – trzeba było pomóc przy PGR-owskich żniwach, nie zarabialiśmy, to miał być przykład dla miejscowych dzieci, by pomagały, kiedy trzeba było się ścigać z niepogodą, by w porę zebrać zboże z pól. Mama nie była zachwycona pomysłem Taty, mówiła o wyzysku i wykorzystywaniu dzieci. Myśmy jednak traktowali tę pracę przede wszystkim jak zabawę. Na zawsze zapamiętam niezwykłe kakao, które razem z czarną gorzką kawą dojechało do nas w dwudziesto-litrowej bańce. Był strasznie upalny i wietrzny dzień – coś niósł… Polny kurz wgryzał się w najciaśniejsze zakamarki. Powiązane, leżące snopy zboża z trudem dawały się ustawiać w kopki, i choć dla nas dość ciężkie, podfruwały nad ścierniskiem jak zabaweczki. Wiatrzysko harce sobie uprawiało przerzucając je jak piórka z miejsca w miejsce, nie wiele sobie robiąc z naszego wysiłku. To już nie było zabawne. Byliśmy strasznie zmęczeni i obolali. W wysuszonych, wysmaganych gorącym wiatrem ustach, w oczach, za paznokciami kłuły fruwające pyłki wysuszonej słomy i traw, chustki mające chronić głowy przed słońcem i wiatrem zsuwały się na czoła, na oczy… Nagle zawołanie którejś z dziewczyn. Hej! Picie dowieźli! W jednej bańce jest czarna kawa, ale w tej drugiej to nie jest kawa! Rany! To pachnie jak coś, coś… wspaniałego! O jejku! Chodźcie tu!

Moja Mama chcąc nam umilić tę katorżniczą pracę zrobiła kakao, ale jakie! Miała do dyspozycji tylko łuski kakaowe, zrobiła z nich mocny napar. Brak naturalnego kakao zrekompensowały żółtka utarte z cukrem i rumem.

Mamusine kakao zrobione było tak:
30 żółtek
40 łyżek cukru
20 łyżeczek rumu
15 – 16  litrów pełnego mleka (przed zebraniem śmietany).
2 szklanki wody, w której Mama  rozrabiała  łuski kakaowe. Ucierała je gotowała, znów ucierała.

W wielkiej makutrze utarła wałkiem żółtka z cukrem i wanilią na kogel mogel, zaparzyła je  mlekiem, potem dodała napar z łusek kakao, rum i ucierała dalej, wreszcie uzupełniła pozostałym wrzącym mlekiem. Napój był pyszny. Gorący, nie bardzo słodki i niezwykle aromatyczny. 

Rżysko kłuło nas w pupy a my przełykaliśmy ten balsam i czuliśmy się jak w bajce! To kakao było tak niezwykłą niespodzianką,  że do dziś je pamiętam i uwielbiam Mamę i za to!

Proponuję
Nowości
Popularne